początki są zawsze trudne

24 wrzesień 2014

skoro już wiecie jaką decyzję odnośnie hodowli podjęłam to teraz czas, żebyście poznali 
ZAŁOŻYCIELKĘ-PRZODOWNICZKĘ 
- mam nadzieję oczywiście, że tak się stanie....
oczywiście wspominana dziewczyna jest rasową Boston Terrierką. maść - pręgowana z białymi znaczeniami.


pochodzi z hodowli Inferior Silesia Canis z Trzebnicy. 
jest to hodowla koleżanki, którą poznałam na kursie na Tresera Psów. tam własnie po raz pierwszy miałam okazję poznać rasę Boston Terrier tak "na żywo". raz udało mi się pojechać na wystawę właśnie wtedy, kiedy były wystawiane psy do towarzystwa - grupa 9. Bostony też należą do tej grupy psów, choć jeśli mam być szczera nie przepadam za nią. większość jej przedstawicieli to jakieś poczochrane psiaki, wymagające czesania, trymowania, pielęgnowania. wiecznie coś się im ciągnie, albo gdzieś coś trzeba podcinać, żeby w trakcie "używania" nie brudziło się i źle nie wyglądało. jednak raz specjalnie pojechałam oglądnąć Bostony i .....spóźniłam się. nie miałam okazji widzieć ich w ruchu, ani obserwować podczas wystawy. okazja taka trafiła się właśnie wtedy kiedy pojechałam na kurs i tam poznałam Paco, Dracę i Zuzię. 3 wesołe i rezolutne bostony, które nawiasem mówiąc dawały mojej starowince Gai niezłe wciry, dokuczając jej i drażnić się z nią kiedy tylko obczaiły, że bardzo ją takie zachowanie irytuje.
jednak podczas pobytu Oli z nimi w hotelu zachwyciły mnie nieziemsko. sympatyczne, wszędobylskie i oddane swojej Pani ponad wszystko. wszędzie z nią. kobieta nawet do łazienki jak poszła to one zaraz stały równiutko pod drzwiami łazienki, cierpliwie znosząc chwilową rozłąkę. spały w łóżku z Panią i patrzyły jej w oczy z takim samym oddaniem jak mnie Gaja. hmm, aż dziwne, że ktoś zaklasyfikował je do klasy psów towarzyszących ;) a dlaczego? nie dlatego, że nie towarzyszą. towarzyszą, a jakże i to kiedy się da i jak tylko się da. tu wtrącę, że kiedy redaguję tego bloga odkąd Migotka mieszka z nami, zawsze wtedy śpi mi na kolanach. fajnie ciepło i przytulnie. dziwi mnie jednak bo nie są jak inne psy do towarzystwa. są krótkowłose. nie mają firanek z włosów dookoła swojego ciała, ani loków czy koków na papilotach jak większość wystawianych "maskotek" w tej klasie, ale towarzyskie są bardzo. to prawda. są po prostu tak zwyczajnymi psami, że jest to aż niezwykłe. krótka lśniąca sierść, cienkie nóżki, wielkie oczy i wieeeeelkie, ciepłe serducho. pełne oddania i pytania w  oczach  -"co jeszcze mogę dla ciebie zrobić ?"
więc......obserwując poczynania Oli.......trafiły do mnie zdjęcia jej miotów, dostępne oczywiście na jej profilu na .......Facebooku - a jakże i tak pewnego dnia oglądam czym tu się ta Ola chwali i patrzę i stoi sobie takie cudo na klockach drewnianych, co by ładniej się prezentowało a podpis brzmi "for sale".......no piękne cudo myślę sobie. 


ta suczka z całego miotu podoba mi się najbardziej
- "ale to nie czas na hodowlę, nie czas na szukanie kolejnego "członka" rodziny kiedy z Gaja nie jest dobrze. staruszka ledwo się trzyma, do tego Shirka, schorowana, po przejściach, nie wiem jak ona do psów....a poczekamy jak będzie dalej" - myślałam sobie - "teraz jeszcze nie czas"
ale obraz psiaka męczył mnie  i nie mogłam spać. myślałam o niej. myślałam - "tak mi się ona podoba...."
wiecie....... kiedy się poczuje to coś, nawet nie znając psa, nie widząc go na żywo, nie wiedząc jaki ma charakter....... po prostu ona mi się spodobała i już. 
więc myślę - "zadzwonię zapytam Oli co i jak. choć dziewczyna ma aspiracje więc lekko i tanio ;) nie będzie....
zadzwoniłam, ale okazało się, że Carya (to jej hodowlane imię) nie jest dla mnie. taki pies nie szuka byle właściciela. hmm, smutno mi się zrobiło, ale myślę - "cóż.....próbowałam, widocznie tak miało być. to jeszcze nie czas........"
upłynął miesiąc i nagle któregoś dnia chyba to był wtorek Ola się odzywa i pyta czy nie chciałabym jej.....myślę - jej? właśnie jej? niemożliwe, przecież ona mi się spodobała tak bardzo i nadal na mnie czeka? jak to może się stać ? myślę - "dobra zapytam", choć Gaja wtedy była już bardzo chora......
oczywiście Ola wywaliła taką cenę, że buty mi z nóg pospadały, ale myślę -"....nieeeeeee, to nie może się tak skończyć skoro ona czeka tam na mnie, moja Carya. los sprawił, że nikt jej nie chciał do tej pory więc ona musi być moja....., co tu zrobić ?
.....no ale wiecie, negocjacje ? nigdy w życiu się nie targowałam, a teraz po prostu musiałam. więc poszłam z Olą w targi......i się zgodziła na to, na co ona się mogła zgodzić, a co ja mogłam zaproponować. wzięłam więc kredyt - jak go dostałam to się cieszyłam jakbym w lotka wygrała i dawaj.....w piątek tego samego tygodnia Carya wylądowała u nas w domu.


czasem niewiarygodnie, że tak właśnie jakoś te losy moje i moich psów się splatają. niemal w przypadku każdego z psów coś zadziało się tak........ ułożyło właśnie w ten sposób, że niemal można powiedzieć, że właśnie tak to miało być. jakby los miał przeczucie, że tak właśnie stać się powinno.

oczywiście Carya została natychmiast przechrzczona. zyskała piękne imię Migotka (choć wiem, że niektórym się nie podoba). powody dlaczego takie imię ? a bo jest malutka i rezolutna jak Mała Mi z bajki "Muminki", bo ma wielkie oczy, a wielkie oczy posiadają wielkie migotki. migotka to także trzecia powieka u psów. po prostu ta nazwa mi się podoba i to imię także. 
nie potrafię Wam powiedzieć na razie nic na temat tego jakie szanse w ringu wystawowym ma Migotka. dopiero raczkuję jako wystawca. do tej pory jeździłam dużo na wystawy, ale raczej w celach turystyczno-poznawczych niż typowo wystawowo-hodowlanych. teraz pewnie się to zmieni. 
już podjęłam kroki aby można było wystawiać "panienkę" na wystawach. powiem Wam w tajemnicy, że załatwień jest co niemiara. ale to nie post na dzisiaj. dzisiaj już się opisałam, może w następnym ? a kiedy ? a sama jeszcze nie wiem. jedyne co wiem, to, że w tym dziale znajdą się zdjęcia nie tylko Migotki i innych czworonogów, ale też mnóstwo innych fotografii ;)
ciekawi ? poczekajcie, ten dział dopiero się rozwija.....