cóż może być lepsze od psa? wiadomo. dwa psy!

od wielu wielu lat w moim domu było co najmniej dwa psy. zaczęło się od Gai i jej córki Daszy, którą postanowiliśmy zostawić do pary z matką. ja zawsze podchodziłam do sprawy w ten sposób, że czy masz jednego czy dwa psy, to jest właściwie mała różnica więc jak już mamy jednego, to przecież drugi niewiele zmieni. tkwiłam w tym przekonaniu całe lata. jakby nieświadoma różnicy. nie dostrzegałam jej. nasze psy były raczej ułożone i bezproblemowe, stąd nie było wielkiej potrzeby osobnych z nimi spacerów czy jakoś bardziej użerania się z jedną więcej jak z drugą. więc różnica faktycznie była nieodczuwalna. 
dopiero po latach przekonałam się jak wielka ona jest. paradoksalnie przekonałam się o tym właśnie wtedy kiedy nagle zostałam tylko z jednym psem. na skutek zdarzeń życiowych z posiadania trzech psów i planów na czwartego skończyłam z jednym. w moim przypadku dla mnie to pewnego rodzaju niepełnosprawność. jak to? teraz nagle mam ćwiczyć tylko z jednym psem? spacery z jednym psem? ja nie mam takiej radości z łaziorowania, Megi nie ma radości z łaziorowania. brak towarzystwa dla niej oraz obiektu dodatkowych rozproszeń ale i dodatkowych treningów dla mnie sprawiły, że ewidentnie odczułam różnicę między jednym a dwoma psami. nie powiem, że było lepiej bo mniej "roboty" i oczy spokojniejsze w trakcie spaceru. wręcz przeciwnie. brak był ewidentny. to jakby mieć jedną rękę czy jedną nogę kiedy wie się już jak to jest mieć dwie. tak się czułam ja i Megi. nuda, wieczory po treningach spędzone na leżeniu na dywanie. brak dodatkowej motywacji na spacerach, no i brak chaosu, nad którym warto i chce się panować. aż wreszcie pojawiła się ona. długo szukana, długo wyczekiwana. ta druga. ta brakująca.

pochodzi z hodowli Gang Staff i chwilę mi zajęło, aby się o nią utargować. przyjechała do nas aż z Gdańska od Pani Mileny Wikiery. długo oglądałam jej zdjęcia zanim się na nią zdecydowałam, wracałam jednak do nich ciągle i od nowa. ale ja tak już jakoś mam, że kiedy wpadnie mi w myśli jakiś pies myślę i myślę tylko o nim. mam jego obraz w głowie i raczej nikt nie powinien mi go próbować wymazać, bo im bardziej się stara tym bardziej jestem przekonana, że to jest właśnie "to". tak było z Megi, tak było i z Zuzą (nie mylić z Zuzią, bo moja córka obiecała, że odstrzeli za takie imię). 

Zuza, a właściwie Caliope Gang Staff znalazła się u nas w wieku dwóch miesięcy. nigdy dotąd nie miałam tak małego psa. waga 2 kilo, wzrost połowa naszego kota Ryśka. sik z częstotliwością co półtorej godziny, specjalność - włażenie pod nogi. ekstra umiejętności - nocne sikanie w łóżko oraz dodatkowo obgryzanie wszystkiego celem sprawdzenia twardości. ależ ja za tym tęskniłam. oprócz oczywiście tych wszystkich promocji zyskałam wiele więcej. moje pośladki poszybowały wreszcie w górę od biegania po schodach po jakieś kilkanaście razy dziennie na trzecie piętro i z powrotem. mój refleks znacznie się zwiększył. zdolności operacyjno-planistyczne zdecydowanie się polepszyły, a w dodatku okazało się, że jestem w stanie funkcjonować całkiem nieźle śpiąc po 5 godzin z dwiema przerwami między czasie. same plusy.
Megi zaczęła tę znajomość z nieco większym dystansem. najpierw oczywiście był foch na mnie. "jak śmiałaś przywieść tego wypłosza do domu? idzie się załamać"
sceptycyzm uzasadniony. psy jednak chyba mają trochę więcej zdrowego rozsądku niż ludzie, którzy uwielbiają się rozczulać nad takimi maluchami. potem jednak i Migotka uległa temu, czego brakowało jej odkąd została sama. przypomniała sobie jak to jest mieć bratnią i tej samej rasy duszę. dotąd miała bokserkę i bullterrierki. nadszedł czas na takiego samego jak i ona. kiedy je obserwuję jak się bawią widzę, że zachęty takie same, podchody takie same, ściema i manipulacja względem siebie takie same. no tylko na razie mała nie nadąża z gonitwami za dużą, ale to kwestia czasu. zawsze miałam wrażenie, że Migotce najbardziej brakuje psa jaki będzie tak samo jak ona kochał gonitwy, podskoki i te same przyczajki. który w końcu będzie w stanie ją choćby próbować dogonić, bo jak dotąd przy drugim kółku wszystkie inne psy, często o wiele większe od niej wysiadały w pościgu za nią. kwestia czasu i w końcu będzie zadowolona i wybiegana tak jak lubi najbardziej. 
zaliczyłyśmy już pierwszy długi spacer do lasu. wzbogacany oczywiście odcinkami gdy młoda księżniczka była niesiona. wszak las aż kilometr od nas. 
biegom nie było końca. tutaj pojawia się wątek, który chyba jest najpiękniejszy w posiadaniu więcej niż jednego psa. to jest prawie tak jak z dziećmi. młodszy wiele uczy się od starszego naśladując go prawie we wszystkim co robi. mając już ułożonego psa, jesteśmy w stanie naprawdę oszczędzić sobie mnóstwo pracy od podstaw.

to jest wielka zaleta posiadania więcej niż jednego psa. uwielbiam obserwować te nauki. Zuza jest bardzo chłonnym "dzieckiem". właściwie już umie chodzić na smyczy, choć raptem trzy razy do tej pory wyprowadzałam ją na niej. wystarczyło, że Megi grzecznie szła obok. prowadzenie takiego małego psa na smyczy i takiego młodego jest nie lada wyzwaniem dla mnie. większość swojego życia posiadałam psy ważące powyżej 25 kilo, a większość szkolonych przeze mnie psów ma jeszcze wyższe masy.
swoją drogą, nie rozumiem dlaczego właściciele psów, które ważą poniżej 10 kilo nie czują potrzeby, ani ochoty aby swojego psa w jakikolwiek sposób szkolić. uważają, że jeśli pies jest mały i lekki, ciągnięcie na smyczy nie jest tak uciążliwe, a sposobem na posłuszeństwo jest po prostu nie spuszczanie psa ze smyczy. wystarczy tylko przepiąć tę tradycyjną na tę automatyczną. szkoda, wielka szkoda, bo małe, lekkie psy można nauczyć naprawdę fajnych i sprytnych sztuczek.
w każdym razie jest nas już więcej. czuję... teraz na prawdę czuję, że moja rodzina jest pełna. brakowało mi tego "ogniwa". przyznam się, że śpię ze swoimi psami. najbardziej cenię tę chwilę i cieszę się na nią niezmiernie, gdy kładę się spać. leżę na lewym boku. kolana mam lekko zgięte. w pustej przestrzeni między nimi a moim brzuchem układa się Megi. pod kołdrą. ona tak uwielbia ciepło. za to Zuza nie lubi być "zamknięta" więc układa się obok mojej szyi, na poduszce obok, opierając głowę o mój zgięty łokieć. i tak zasypiam uśmiechając się pod nosem i powtarzając sobie w duchu, że marzenia jednak się spełniają. 

i czy to ważne, że za dwie godziny, prawie nie otwierając oczu naciągnę na tyłek dres, na gołe stopy założę trampki, na ramiona bluzę i zbiegnę na 5 minut z trzech pięter tylko po to, aby "nauczyć psa czystości"?


MIMO WSZYSTKO 
NADAL KOCHAM PSY. 
TO JEDNO 
NA ZAWSZE POZOSTANIE NIEZMIENNE W MOIM ŻYCIU.