lew Andrzej

od jakiegoś już czasu szukałam zabawki do szarpania, gryzienia i szaleństw dla Megi, no a teraz także dla mojego nowego "dziecka" - Zuzy. temat wydawałby się prosty, łatwy i z góry wiadomy. otwieram pierwszą lepszą stronę w necie i wow... ileż tego jest - do wyboru, do koloru. bierz i rządź. otóż nie, to nie takie proste jak się wydaje. Megi miała wiele różnych zabawek. większość nie doczekała się nawet opisów testów, bo zwyczajnie żadnego nie przeszły. część z nich było spadkiem po dzieciach. strych został odkopany. Megi utylizowała wszystko jak leciało. należało tylko dopilnować, aby nie zechciała zjeść wnętrzności i jakoś to było. jednak zapas się skończył i należało pomyśleć co dalej. 
szukałam czegoś innego, odmiennego od standardów. czegoś nastawionego na żuchwę mojej Megi, co nie rozpadnie się w ciągu pierwszej - ..... zabawy. buszując w sieci trafiłam na sklep https://www.ab-zoo.pl i znalazłam........

zabawka jest firmy "GoDog" i na pierwszy rzut okiem ;) wygląda słodko i delikatnie. czytam więc o tym lwie i czytam co w nim takiego wyjątkowego i zainteresowała mnie nazwa Chew Guard™. dla mnie oznaczało nic innego, jak super żuwka dla Megi. już jak zabawka przyszła to dostałam napadu zdrobniałości wyrazów, (jaki bobciu, majutki, fajni), bo nawet do głowy mi nie przyszło, że takie sympatyczne cudo można dać psu do zniszczenia. ale czas na konkrety. delikwent ma 26 cm wysokości i szerokość 15 cm. jak na zabawkę dla psa pokroju Megi, mimo, że to rozmiar "L", to ma całkiem trafne rozmiary. 
jednak co mnie urzekło najbardziej, a myślę że i Megi się to podoba to mopowe sznurki, którymi jest pokryty. 
jak już wspominałam Megi jest dość niszczycielskim bostonem więc tu spotkała mnie niespodzianka. 
sznurkowy obwód tułowia lwa pomarańczowo-grzywiastego nazwanego przez moje dzieci Andrzejem jest żuty z zapałem od 5 dni i żaden sznurek nie został jeszcze odgryziony.
rewelka. bez skubania i odcinania.
do tego widzę, że żucie go sprawia jej przyjemność oraz jest całkiem niezłym treningiem dla dziąseł. Migotka jest w gryzieniu dość zapalczywa i mimo, że nie ma nożycowego zgryzu uwielbia wszystko ciachać tylnymi zębami oraz patroszyć bebechy po "wykrojeniu" dziury. tu na szczęście nadal po 5 dniach wszystko całe. 






do tego elementy za jakie może ciągnąc młodsza moja bostonka Zuza. spodobał się jej wyjątkowo ogon zakończony na końcu futerkowym pędzelkiem




pomarańczowa grzywa jest pomijana. ona jest tylko do lizania, co mnie z resztą cieszy bo to mały kawałek dodatkowego materiału, który mógłby odgryziony trafić dokładnie do żołądka psa, ale nie jest molestowany na tyle abym miała obawy, że tak się stanie.

dokładam tu zdanie o tym, że nigdy nie zostawiam swoich psów z zabawkami sam na sam. nawet z najlepszymi i najbardziej "prawie niezniszczalnymi". zawsze istnieje ryzyko, że jednak coś pójdzie nie tak i źle się skończy taka zabawa. z resztą zabawki nie powinny być dostępne dla psa cały czas w jego pobliżu. inaczej szybko się nudzą i nie są żadną motywacją do jakiejkolwiek aktywności i zabawy.

Megi uwielbia Andrzejem podrzucać, biegać za nim, łapać i szarpać nim na wszystkie strony. wbrew moim przewidywaniom zabawka całkiem nieźle to znosi. jedyne co udało się Migotce zdziałać z delikwentem to mała dziura w uchu. chyba chciała go zakolczykować, albo podczas szarpania tkanina nie dała rady. uszy są szyte z materiału składającego się z dwóch warstw, ale jakoś wydają mi się najsłabszym elementem zabawki mimo, że stwarzają wrażenie grubych.






łapki wypełnione są delikatnym materiałem, który nie gniecie się w środku i nie traci swojej struktury dając uczucie jakby były one nadmuchane.








nogi wypełnione są materiałem, który po zgnieceniu wraca do swojego poprzedniego stanu mimo bycia zwilżonym śliną.... psią oczywiście. tym bardziej Megi przypadł do gustu delikwent, bo ona uwielbia zasypiać trzymając takie właśnie "gryzaki" w pysku.



wewnątrz brzucha Andrzeja znajduje się piszczka. jednak nie jest to piszczka jak inne. nie taka co po naciśnięciu tak piszczy, że po kilku razach uszy więdną. to piszczka jakby wsteczna. czyli najpierw naciskam, a podczas wciągania powietrza piszczka wydaje sympatyczny, nieco wyższy niż tradycyjnie dźwięk. do tego od mocy nacisku zależy jak głośno i jak długo piszczka będzie "jęczeć". Migotka podczas szarpania jej na boki powoduje, że dźwięk ten się wydobywa z wnętrza Andrzeja. dodatkowa motywacja do nieprzerwanej zabawy. 

choć na początku miałam pewne obawy, że jeśli dam im do zabawy lwa Andrzeja i w największej ich ekscytacji im go nie zabiorę to zamordują go w 5 minut. niepotrzebnie. tak się nie stało.

zabawka jest w stanie zmęczyć oba moje psy. ale dla mnie ważniejsze jest, że jest dość trwała. ja wiem - to dopiero 5 dni, ale nie ma znaków zniszczeń jakie zwykle po 5 dniach miały inne zabawki i pluszaki o ile nielicznym udało się "przeżyć" 5 dni ;)



ogólnie ja jestem bardzo pozytywnie zaskoczona  trwałością zabawki, a także tym, że psy chętnie wracają do zabawy nią, mimo, że pierwsze dwa dni była naprawdę mocno testowana. nie znudziła im się do tej pory. 
myślę, że sympatyczny kolega zostanie z nami jeszcze długo. tym bardziej, że jest w stanie zmęczyć Megi zabawą w szarpanie i rzucanie, a frędzle są wystarczająco wciągające w żucie, a jednocześnie nie zachęcają do zniszczenia i odgryzienia. aaaa i zapomniałam wspomnieć. delikwenta można prać w pralce.

polecam Wam z czystym sumieniem. z resztą zaglądnijcie sobie na https://www.ab-zoo.pl . ja już mam następnego kandydata do testów. sama jego mina mi się podoba. mówię o niebieskim ;)