świąteczne perypetie

czyżby to już? kolejne święta tuż przed nami? co roku szukam tego amerykańskiego klimatu z szałem zakupów w tle i bieganiem za prezentami. ze spotykaniem miłych ludzi i pozdrowieniami od przypadkowo spotkanych osób na środku ulicy. ahhh, jak mi się marzą takie święta... jednak nie oszukujmy się. Mikołaj nie istnieje, my już nie jesteśmy dziećmi, nikt na ulicy nikogo nie pozdrawia, wszak liczy się teraz kto pierwszy do regału z cukrem i mąką oraz jajkami. nawet jeśli uda nam się wejść w bezpośredni kontakt z obcym przypuśćmy w kolejce do kasy to zwykle polega on na tym, że miły człowiek za nami tak bardzo jest przyjacielski i stęskniony tych świątecznych wrażeń, że próbuje swoim koszykiem zrobić z naszych pośladków garaż... lub z ud w zależności od naszej wysokości oraz rodzaju dzierżonego przezeń koszyka. o!!! jak mnie wtedy szlag trafia.... nienawidzę tego. w żadnym wypadku nie przypomina to reklamy telewizyjnej ani nawet scenki z amerykańskiego filmu o radosnych i wesołych świętach. cóż taka jest rzeczywistość.
przyznam jednak, że pomimo tych wszystkich niedogodności lubię te święta. dużo wolnego... wow w końcu odpocznę. dużo pysznego rodzinnego jedzenia... ja naprawdę robię wszystko sama i uwielbiam tę krzątaninę w kuchni całe dwa dni przed wielką kolacją z zapachem grzybów i kapusty kiszonej.
jednak w tym roku mojemu sercu chyba bliższy będzie jednak pożegnalny wieczór Starego Roku. tak wiele się w nim wydarzyło, że nie sposób nawet tego opisać, a finał wcale nie był szczęśliwy. cóż bywa. Rzym runął, Cezara i Kleopatry już dawno nie ma, ale żyć trzeba.
jednak wracając do tematu obiecałam sobie, że w tym roku zachowam stoicki spokój i nie dam się wrobić w ten wyścig zbrojeń pod tytułem "czy myłaś już wszystkie okna? ja też i wiesz co, powiem ci, że kupiłam ten nowy, wyczesany, fantastyczny płyn do mycia szyb i on potrafi takie cuda..." taaaa, szkoda, że nie umyje za mnie auta, okien w domu, szkła, szafek i wszystkiego co opisuje koleżanka, ale zupełnie sam. bez mojej pomocy. o tak, to byłby faktycznie fantastyczny płyn. na pewno jeden z moich ulubionych. jednak cudów nie ma więc rękawy w górę i bierzemy się za......o nie, nie w tym roku. był pełen emocji, złych i dobrych. pełen zawodów i rozczarowania. pełen naiwnych nadziei bez pokrycia, pełen braku wiary w siebie i wsparcia jakiego potrzebowałam, ale chyba skutecznie udawałam, że jednak go nie potrzebuję.
jednak teraz zaczynam się zbierać w sobie i wychodzę na prostą. więc postanowiłam stworzyć sobie moje ukochane święta jak z amerykańskiego filmu. 
choinka przyniesiona, bąbki wyjęte..... o nastrój koniecznie też trzeba zadbać....
w tym roku dominuje czerwień i srebro... no więc żeby było pod kolor... i bierzemy się do pracy.

nastrój stworzony, bańki wypakowane. oczywiście w moim domu są tylko plastiki z wyjątkiem dwóch baniek jakie były prezentami. inaczej raczej choinka długo nie byłaby kolorowa i ładna. Ginger jest amatorką choinki sztucznej. uwielbia obgryzać te obleśnie druty na końcu każdej gałązki. nie wiem czy sztuczne szpilki żuje z radości, że znowu czeka ją obżarstwo czy cieszy się, że ktoś w końcu wyciągnął jedną wielką wykałaczkę specjalnie dla niej. 

w każdym razie drzewko interesuje ją bardzo, a chyba jeszcze bardziej od baniek, wisiorków, łańcuchów i obrzędu ubierania i strojenia "wykałaczki" uwielbia sprawdzać czy czasem niechcący nie zostawiłam czegoś w reklamówkach z których wyjęłam ozdoby. kocha grzebać w używanych reklamówkach w poszukiwaniu "resztek". mogłaby być spokojnie dachowcem i pewnie wspaniale poradziłaby sobie z przetrwaniem. oczywiście o ile nie weszłaby do zdecydowanie za małej dla niej reklamówki i nie udusiła się w niej.

nie kumam... no nie kumam. koty jednak mają dziwne podejście, ale skoro ludzie mają swoje zboczenia dlaczego koty miałyby ich nie mieć. Rysiek oczywiście spierdzielił i się gdzieś schował bo nie daj losie, że jeszcze coś wyskoczy z drzewka. jakaś wiewiórka, albo pająk gigant i co on wtedy pocznie biedak? gdzie ucieknie kiedy zostanie zaskoczony?
oczywiście radość zwierząt trwa równie krótko jak zapał moich dzieci na ubieranie choinki, który kończy się mniej więcej w momencie gdy mówię, że najpierw należy choinkę rozłożyć porządnie gałązka po gałązce. 
w tym roku jednak było jakoś inaczej. spokojniej. żadna z ekip mnie nie opuściła do samiusieńkiego końca. ani ta na czterech, ani ta na dwóch nogach.
dzieci pomagały jak mogły i poszło nam to całkiem nieźle. dla zwierząt jednak okazało się to działanie bezcelowe, bo nie wynikało z niego żadne udko czy skrzydełko na własność, a jeśli do tego nie ma nawet jednego kęsa jakiegoś łakocia to po co w ogóle to coś zielone, sztuczne i zagracające pół pokoju rozkładać?
no zaangażowanie Megi jak widać mega wymowne. myślała chyba, że chodzi o worek, a nie o choinkę, którą z niego wyciągnęłam.
tylko Ginger nie mogła doczekać się, aż skończy się ubieranie, a ona jak zwykle schowa się za choinkę aby co nieco podgryźć.





zawsze chętnie oglądam filmiki na YT z kotami zwalającymi choinkę na ziemię jak tu, zawsze wprawiają mnie one w nie lada wesoły uśmiech i wtedy dziękuje za kota, który kończy na obgryzaniu gałązek. dla mnie święta to przede wszystkim wpatrzone wokół oczy moich zwierząt, które z każdej niemal strony próbują wysępić najbardziej niezdrowe i mega nieodpowiednio dla nich przyprawione kęski. oczywiście co mniej ogarnięci członkowie ludzcy w rodzinie mają radochę, że kotek czy piesek nagle nie wiedzieć dlaczego ich pokochał: -"a widzisz Ilona, mówiłam ci, że zwierzęta czują jaki ze mnie dobry i wspaniały człowiek"
szkoda jednak, że nie muszą potem znosić niedogodności układu trawiennego mojego psa, który przecież po takiej Wigilii śpi ze mną w sypialni. na szczęście do tej pory nic mnie nie zagazowało. albo sprzątać kuwety na następny dzień po obfitej kolacji (na szczęście u mnie robi to mój syn, ufff). jednak jakoś zawsze kolacja to wielce rodzinna sprawa, gdzie właściwie i my ludzie i koty i psy  i inne gatunki jesteśmy razem w jednym pokoju skupieni dokładnie na tym samym. na jedzeniu. święta są magiczne, rodzinne. fajnie byłoby spędzać je w wielopokoleniowym towarzystwie, jak kiedy ja byłam dzieckiem. gdzie spotykają się głowy rodu i wszystkie dzieci ze swoimi dziećmi. wszyscy wymieniają historie z pracy, szkoły, życia .... tyle, że wtedy brakowało mi zwierząt, a teraz cóż ludzi jakby mniej, ale zwierząt jest dokładnie tyle ile powinno być... no może mogłaby tutaj jeszcze być moja Gaja,
ale niestety, ten mijający rok mi ją zabrał na wieczność. jednak z nadzieją spoglądam na kolejny. teraz czeka mnie wiele zmian. zmian mam na dzieję na lepsze. ale i dużo ciężkiej pracy. zmiany nigdy nie są łatwe, ale mogą być przełomowe. i tego sobie życzę w nowym roku.
a tymczasem zobaczcie jakie jeszcze cuda są w stanie sprawić zwierzęta w ten szczególny czas.

ZDROWYCH, SZCZĘŚLIWYCH, RODZINNYCH I SPĘDZONYCH W ŚWIETNYM TOWARZYSTWIE SMACZNYCH ŚWIĄT BOŻEGO NARODZENIA WAM ŻYCZĘ!