plażing, leżing, smażing

wreszcie nadeszło utęsknione lato. 
przyznam, że nie spodziewałam się tak szybkiej zmiany pogody, ale tyle czasu czekaliśmy na to ciepło, że chyba nic dziwnego, że po prostu zaczęło grzać z dnia na dzień. wreszcie wszyscy się doczekali pory roku, w której zalewa nas takie gorąco, że już jedno piwo powoduje mega odlot, włosy na nogach rosną cztery razy szybciej niż normalnie, nie wspominając już o tych rosnących w miejscach w których 90% kobiet wolałoby ich w ogóle nie mieć, a dzieci spędzają 80% dnia na dworze i w końcu można usłyszeć w domu ciszę. ;) któż tego nie kocha...
ale do sprawy wracając. wybraliśmy się dzisiaj nad wielki zalew sztuczny, stworzony po byłej kopalni siarki na terenie miasta Tarnobrzeg. dotarcie tam okazało się skuteczne i szybsze od pewnego momentu na nogach. po prostu jakąś godzinę jazdy samochodem do celu, czyli jakieś 3 kilometry przed metą, nie wytrzymałam stania w korku i zostawiłam męża samego w samochodzie, zwołując dla reszty ekipy masowy wymarsz na skróty do plaży. oczywiście nie umieszczałabym tego posta, gdyby nie było z nami przynajmniej jednego psa. oczywiście wiadomo kogo - Migotki. prawdę mówiąc miałam pewne obawy. regulamin dopuszcza tam pobyt z psem, ale czy to miejsce dla psa? hmm. postanowiłam ją wziąć i przekonać się na własnej i na jej skórze.  no przecież jak nie spróbuję to jak się dowiem? obawiałam się, że może jej być za gorąco, nie zniesie upału i padnie tam zaraz na jakiś udar. myślałam, że tylko woda jest w stanie panienkę jakoś utrzymać przy życiu. no ale myślę - przekonamy się. Megi nie widziała tyle pisaku na raz jeszcze nigdy, a wiecie już z innych postów moich jaki z niej jest piaskowy robal. cóż była zachwycona. nie znała do tej pory też co to otwarta przestrzeń wypełniona wodą więc spodziewać mogłam się wszystkiego. co prawda odważna z niej dziewczyna, ale z psem nigdy niczego nie można być na 100% pewnym więc wolałam szykować się na różne sytuacje i wolę raczej nie planować z góry co się może zadziać.
Megi zachwyciła się piaskiem. wszędobylski w niczym jej nie przeszkadzał. gorąco znosiła bez najmniejszego nawet ziania.
z piachem to ona jest na "koleś". piasek kocha, piasek podziwia i na pisaku szaleje.
no i pięknie się też dziewczyna spisywała w wodzie, do której od razu po przyjeździe dziarsko postanowiła wskoczyć. dopóki w pewnym momencie nie dotarło do niej, że ta "wanna" straciła dno. 




wtedy się zaczęło uciekanie na brzeg i totalne zdziwko w oczach. oczywiście z pływaniem poradziła sobie wyśmienicie próbując przebierać nogami jak tylko umie najszybciej zupełnie tak jakby chciała stamtąd uciec. instynkt to jednak piękna sprawa. fantastycznie. muszę Wam napisać, że najfajniejsza cecha Migotki to jest opanowanie. ona w ogóle nie wpada w panikę. dosłownie nigdy. 
po chwili już dziarsko pływała, bawiła się nietonącą piłką, a nawet nurkowała i puszczała bąbelki z nosa. oczywiście wszystko pod kontrolą i na smyczy. 


teraz więcej technicznych spraw. tak na przyszłość gdyby się ktoś wybierał na plażę słodkowodną z psem. po pierwsze. koniecznie należy zabrać miskę...lub wiaderko plastikowe jeśli jedzie się z małymi dziećmi. tu sprawa jest oczywista i nie trzeba chyba nikomu tłumaczyć po co to.
smycz i obroża. ta druga im lżejsza i cieńsza ale na grubość, a nie na szerokość tym lepiej, bo potem pies w tym czymś mokrym musi biegać. nie ma co najpiękniejszej zakładać, ani jakieś wyczesanej bo na słońcu oraz miksie wody i piachu szybko szlag ją trafi. to dla bezpieczeństwa. nie chcemy stracić psa z oczu, a dodatkowo jeśli wokół roi się od ludzi, jak u nas dzisiaj, to lepsze też dla bezpieczeństwa ręczników innych i ich spokoju. 
kolejna i jedna z najważniejszych rzeczy - parasol przeciwsłoneczny albo namiot przewiewny i koniecznie nie dziurawy ;) musi chronić psa przed słońcem. Megi uwielbia słońce i dzisiaj korzystała z niego leżąc dosłownie na piachu pod gołym ...słonkiem. ale bywały chwile, że po schłodzeniu się w wodzie kładła się pod parasolem na swoim ręczniku i próbowała tam zasypiać. kolejna rzecz została już wspomniana. 
psi ręcznik, albo kocyk, cokolwiek aby nauczyć psa, że to jest jego i tylko tam właściwie powinien leżeć. 
Megi nie do końca jeszcze kuma tę zasadę toteż dzisiaj ze 20 razy trzepałam naszą matę z powodu ilości piachu naniesionego przez nią. 
kolejna rzecz - coś czym pies lubi się bawić, ale stacjonarnie. to znaczy taką, z którą pies lubi spędzać czas kiedy leży w miejscu. ja przyznaję zapomniałam jej ulubionego gryzaka więc gryzła to co lubi najbardziej czyli kijki i drewienka. przy okazji dotarło do mnie, że muszę koniecznie doinwestować w gryzaki dla niej. ona je uwielbia. 
z powodu hałasu oraz wszechobecnego ruchu wokół nas, Megi dzisiaj na plaży nie była w stanie zasnąć ani na moment...
toteż kolejna ważna rzecz. jeśli pies jest młody, ale nie jest już szczeniakiem i nie przesypia każdej możliwej okazji obecność parasola, namiotu czy po prostu długość pobytu ma wielkie znaczenie. my byliśmy dzisiaj 4 godziny, a to dla Migotki naprawdę długi czas bez choćby krótkiej drzemki między czasie, toteż potem w aucie padła "trupem" zanim jeszcze klimatyzacja dała radę pokonać "letnie ciepełko" wewnątrz. jeśli pies nie umie zasnąć jak moja Megi w takim zgiełku i zamieszaniu lepiej biorąc go ze sobą nie planujmy całodniowego pobytu, bo pies zwyczajnie będzie mocno przemęczony. może kiedy ona będzie starsza to się zmieni. na razie nie była w stanie przespać choćby 5 minut w ciągu czterech godzin. 
odrobina karmy. woda, emocje, ruch oraz to, że na plaży sami ciągle coś jemy powoduje, że i pies robi się łakomy. nie dokarmiajmy go chipsami, chrupkami, hotdog'ami czy jakimkolwiek ludzkim jedzeniem, bo w połączeniu z ciepłem i wodą z jeziora może się to skończyć prysznicem z ....... sami wiecie skąd. lepiej dać mu jego karmę czy psie chrupki, które nie wywołają małej riposty ze strony jego flory bakteryjnej jelit. 
krople do oczu dla psów. może być też sól fizjologiczna. to się tyczy zwłaszcza ras jak moja Megi - wytrzeszczookich. spotkaliśmy też małego shih tzu, który chyba sam próbował rozwiązać problem co tylko pogarszało sprawę. jego oczy wyglądały jak małe żarówki. ja kropli nie miałam, ale płukałam Megi oczy solą fizjologiczną kiedy tylko wróciłyśmy do domu. następnym razem jednak zabiorę krople ze sobą. 
oczywiście każdy pies jest inny i pewnie dodalibyście jeszcze wiele rzeczy do tej listy, a może odjęli? należy uważać też na gorący piach aby pies nie poparzył się w opuszki. Megi totalnie nie przeszkadzało piaszczyste ciepło, ale stopy naszej Haszi jak sądzę nie będą już takie nieczułe po prostu ze względu na swoją budowę. 
ja po tym pierwszym razie znam mojego psa jeszcze lepiej. wiem też, że nie zawsze należy się kierować tym, że nie chcąc zostawić psa w domu bierzemy go ze sobą na takie wypady, ale należy się zastanowić po prostu czy warto. ja wzięłam książki ze sobą, wzięłam przybornik do paznokci w nadziej, że siedząc sobie w cieniu zrobię sobie przynajmniej skórki. nic podobnego. nie dość, że psa też trzeba nauczyć obycia z plażą i wodą, to trzeba cały czas mieć go na oku, sprawdzać jak się czuje, bawić się z nim i oczywiście od czasu do czasu oddalić się z nim na stronę bo wiadomo.......oooo!!! właśnie, nie zapomnijcie o workach na "psi recykling". jeśli lubicie sobie odpocząć, poczytać, zjeść, popływać - raczej zostawcie psa w domu. on się nie zmęczy ale i wy też nie. wszystko należy wyważyć. 
moje odczucia po dzisiejszym pobycie:
1. zdecydowanie za duże zagęszczenie ludzi abym miała komfort pobytu z psem na plaży. zdarzyła się nawet jakaś rozdarta baba co nam coś pyszczyła, ale zagięłam ją przepisem zabraniającym palenia w miejscu publicznym więc dała se siana, bo kopciła jak hutniczy komin.
2. hałas i chaos. ani mnie to nie pomagało w komunikowaniu się z Megi, ani jej w uspokojeniu się i zdrzemnięciu choć chwilę. należy wziąć pod uwagę to, że jeśli pies jest mały zaraz każdy do niego sepleni jakby wymagał rehabilitacji logopedycznych i każdy chce go koniecznie dotknąć jakby pies był gremlinkiem, a nie każdy musi dostrzegać, że ten gremlinek jest już po wodnej przemianie i może niekoniecznie mieć ochotę na taki dotyk. 
3. brak możliwość swobodnego puszczenia psa luzem, aby mógł sobie sam dozować częstotliwość namaczania i suszenia oraz to czy w tej chwili ma ochotę polec dwa czy cztery metry dalej od naszej bazy stacjonarnej czy może zasypać piachem wszystko wokół bo dostał głupawki. 
stwierdzam, że dzisiejszy pobyt był bardzo przyjemny. dla mnie jednak chyba bardziej niż dla Megi, która mimo, że od powrotu minęło już 4 godziny nadal śpi jak zabita. byłyśmy razem. ja z nią a ona ze mną. ale wiecie co - zdecydowanie wolę aby nudziła się w domu z pozostałymi dziewczynami przez 5 godzin, a wieczorem wybrała się na szalony spacer połączony z małym treningiem, niż wróciła padnięta i odsypiała taki wypad przez kolejne dwa dni. przecież to jeszcze nie wakacyjny wyjazd a zaledwie jeden dzień z całego tygodnia.