czy to tylko wakacyjny wyjazd?

szkic na piasku wykonany przez mojego syna 
to były nasze pierwsze właściwie w życiu wakacje z wszystkimi psami. w ogóle z psami. na szczęście czasy się zmieniają i coraz więcej hoteli czy prywatnych domów deklaruje, że pies nie jest żadnym problemem. mieliśmy wielkie szczęście bo udało nam się trafić na wypoczynek, którego właścicielka jest maniaczką psią. ma wielkie poszanowanie do natury i do tego jest veganką. niesamowita z niej osóbka z wielkim sercem. udało nam się naprawdę świetnie. lepiej nie mogliśmy trafić. psy traktowane na równi z ludźmi o ile nawet nie lepiej. chce piesek na łóżko? ależ żaden problem. chory piesek - ależ mogę pomóc. no złota kobieta z tej Ani.
będzie teraz trochę reklamy. domki drewniane. cudne, naturalne drewno. prostota i minimalizm. domki wyposażone w pełni we wszystko to, co jest potrzebne każdemu z nas na co dzień. bardzo mnie zauroczyły te domki. na ścianach tylko to co niezbędne i konieczne. zero kiczu i przesady. miejsce niesamowite. zakochałam się w tych kaszubskich domkach. tu energia spokojnie krąży, czuć luz, czuć, że to jest właśnie to. ja lubię technologię. nowości gadżety, ale tutaj mając to wszystko i tak czułam się bliżej natury. nie umiem opisać tego uczucia relaksu. radio, włąsny sprzęt audio i telewizor można traktować jako objawienie osiągnięć cywilizacji lub przedmiot ozdobny. jednak i bez niego nie byłoby tam niczego brak. może to wpływ tego, że to były wakacje, a może to właśnie jest miejsce jakiego szukam w życiu? w każdym razie cudnie urządzone. ale od początku może zacznę.


nie napisałam do tej pory żadnego posta co należy zabrać ze sobą na wakacje z psem, a co będzie zbędne. tutaj tylko wspomnę o tym. ja zabrałam 3 miski. dwie metalowe bez stojaka i jedną silikonową podróżną składaną miskę. za stojak robiły miski ustawione jedna na drugiej. normalnie dziewczyny przeżyły jedząc z misek postawionych na podłodze i żadna z nich refluksu nie miała. wodę miały w misce ustawionej przez właścicielkę ośrodka już na powitanie na schodach do domku więc z niej nauczyły się korzystać i woda w miskach w domu była tam tylko w nocy i tylko kiedy dziewczyny były w domu. wzięłam też najmniejszą klatkę. właściwie to jest klatka Megi. cel był taki aby Shira jechała z tyłu w samochodzie w klatce, a tylko klatka Megi weszła do naszego Scenica tak, że jeszcze zdołaliśmy tam wcisnąć nasze bagaże. Shira fajnie znosi jazdę i spokojnie mieści się do tej klatki więc miała spokój i sen całą drogę nad morze. nie będę się rozpisywać nad zaletami klatkowania. zbyt wielu blogerów to już zrobiło a i ja sądzę, że dla psów jest to świetna sprawa. dla właścicieli - a przynajmniej dla mnie też. moje dziewczyny to lubią, a tutaj jest dowód na to, że wręcz zabiegają o miejsce w niej.  

mała rzecz a cieszy. dwa bule w klatce dla bostona. z wyboru oczywiście. nikt ich tam na siłę nie upychał. spokojne miejsce, gdzie można się odizolować od środowiska i spać. choć nie wiem jak im tam we dwie było wygodnie. no ale to w końcu bule.
wzięłam też transporter. o nim więcej przeczytacie tu. to dla Migotki w razie gdybyśmy chcieli jechać gdzieś bez psów i jakoś zostawić je pozamykane, żebyśmy mieli do czego potem wracać. ;) Megi i Haszi razem, trochę nudy i z domku zostałyby drzazgi. oczywiście karmy dla psów. u nas każda ma swoją więc trochę worków było do zabrania. smycze i obroże - zwykle. słona woda morska robi swoje. do tego one też będą mieć luz więc i ja mam spokój kiedy nie muszę pilnować ich żeby nie zniszczyły jakiejś drogocennej obroży. z resztą. dziewczyny za wyjątkiem Shiry i tak biegały po podwórku zupełnie bez obroży więc tego sprzętu właściwie używaliśmy najmniej. najważniejsze to chyba książeczki psie. na szczęście nie były w ogóle potrzebne, ale lepiej dmuchać na zimne. zapas worków na psie "pakietowce" i oczywiście zabawki. piłeczki, dyski frisbee, sznurki i szarpaki. to podstawa. przecież trzeba tę radość i wolność i swobodę wykorzystać też i na zabawę z psem. dobra koniec o tym co ze sobą. chyba, że mi się coś po drodze przypomni. a pro po drogi. minęła nam bez większych przygód. oczywiście korki na polskiej autostradzie i objazdy uważam za standard więc nie będę o tym wspominać. szkoda słów na to i czasu. 
miejsce... miejsce magiczne. "Lwie chaty". mam nadzieję, że Ania, która jest właścicielką nie będzie mi miała za złe jeśli tutaj parę słów napiszę o tym miejscu więcej (pozdrawiam ciebie kochana jeśli to czytasz).
kobieta mała ale z wielkim sercem. pies na łóżku to nie problem dla niej. miejsce nastawione na psy. dziewczyny bez smyczy puszczone wolno biegały od rana do nocy i robiły na co tylko im pozwalaliśmy, a pozwalaliśmy na wiele. na powitanie na progu wielka micha pełna wody i uściski samej właścicielki ośrodka. oczywiście ściskała psy a nie nas. natychmiast kiedy tylko usłyszała, że nasza Shira ma problem z łapą biegała do nas dwa razy dziennie z lampą i naświetlała łapę Shiry, aby tylko ulżyć jej w cierpieniu. potem kiedy Megi złapała kontuzję też kilka naświetleń i ona zaliczyła. ośrodek ogrodzony. przy każdym domku ławka, grill do dyspozycji. pełen luz.
wewnątrz pełen komfort. nie umiem oddać słowami klimatu panującego wewnątrz. wszystko urządzone prosto, ale i bardzo funkcjonalnie. urzekło mnie to bardzo. właściwie przez cały czas czułam się tam jakbym była we własnym domu. cudnie. polecam wszystkim psiarzom bo jeśli tylko pies jest socjalizowany albo ma się więcej niż jednego psa tak jak u nas to nie ma nic lepszego. jest to miejsce kameralne. domków na tym samym podwórku jest 3. jednak żaden sąsiad nie przeszkadza innemu. no ale przecież wiecie sami, że ludzie mający psy to ludzie zupełnie inni niż ci bez psów. tej mentalności i wrażliwości nie można przemilczeć. rzadko się zdarza, aby ktoś kto ma psa był mrukiem czy alienem całkowitym. raczej to życzliwi ludzie, którzy nie szukają sobie problemów i są dość towarzyscy. my mieliśmy to szczęście, że na takich właśnie trafiliśmy więc nie było żadnych zgrzytów czy dziwnych sytuacji. a sąsiadami naszymi były różne psy mimo krótkiego naszego pobytu.
co prawda zaraz kolejnego dnia po naszym przyjeżdzie ten kolega ze swoimi państwem pojechali, ale gdy dotarliśmy na miejsce był tam mieszaniec o imieniu Nero. fajny, młody jeszcze chłopak. niewiele straszy od naszych najmłodszych Megi i Haszi. wesoły, rezolutny od razu przypadł naszej Haszi do gustu. fajny schroniskowy adopciak. jego właścicielami byli młodzi ludzie. szaleństowm z nim nie było końca. tym bardziej, że właścicielka ośrodka Ania ustawiła na podwórku spryskiwacz i psy miały z nim nie lada uciechę.

kolejny psiaciel, który z kolei nie bardzo dogadywał się z Haszi, ale za to zakochał się w Megi to Ali.
Ali jest bardzo wycofanym hartem perskim (Saluki). jednak i on rozkręcił się nam pięknie przy Megi a potem i przy kolejnych bostonach jakie dojechały do domku w miejsce wspomnianego Nera. 

z Haszi się nie bardzo jednak polubili. on za bardzo się jej chyba bał. bardzo delikatny z niego ale i gentelmencki jest kawaler. śmieszne były sytuacje z nim kiedy podchodził do nas podczas kolacji na tarasie a jego głowa znajdowała się na jednej wysokości z naszą kiedy siedzieliśmy. on nawet nie musi sępić przy stole i majaczyć coś pod nosem jak Megi. po prostu podchodzi i od razu wie czy masz na talerzu coś godnego jego uwagi. jednak Ali jest na diecie i zupełnie nie był wzruszony sałatką warzywną czy kiełbasą z grilla, a już na pewno nie chlebem z masłem. aaaa , muszę jeszcze dodać, że właściciele Aliego to Ślązacy. z czego jego Pan mówił do nas swoją lokalną mową. uwielbiam tę oryginalność. jeden kraj, a jak różne słowa. trzeba było się naprawdę skupić na rozmówcy. to działa, na prawdę działa kiedy chcemy mieć czyjąś 100 procentową uwagę. bardzo pozytywni ludzie. 
potem dojechały wspomniane już dwa bostony. dziewczyna Bójka i chłopak Szogun. ich właściciele to bardzo miła para Maja i Sławek. Maja przypadłą do gustu zwłaszcza mojej córce. oczywiście rozumiały się świetnie jak to dwie Maje. moja córka zaprzyjaźniła się z nią bardzo i ten kontakt zostanie chyba na lata mimo różnicy znacznej wieku. 
i tutaj muszę dodać trochę słów o bostonach. jak dotąd mieliśmy do czynienia z kilkoma bostonami. głównie na wystawach i śmiem twierdzić, że te dwa bostony są chyba najbardziej normalnymi z poznanych. Megi korzystając ze swoich dotychczasowych doświadczeń miała na początku lekki dystans do nich, ale to minęło zaraz po tym jak tylko zaczęła się wspólna zabawa. Szogun (ten z białym szalem) niezależny chłopak. nieco młodszy od Migotki. spokojny, zrównoważony psiak. przekochany. nie nachalny. z Bójką stanowią świetnie zgrane "rodzeństwo". czasem się kłócą, czasem sobie na złość robią. ale ogólnie faje z nich zawadiaki. Bójka ujęła mnie swoją osobowością i budową. fajna, zbita i wysportowana sylwetka, ale mimo to drobna trzy latka. chciałabym aby i moja Megi nabrała tej sprężystości, bo na razie delikatna z niej dziewczynka. maść Bójki też niesamowita. ona po prostu jest ciemno brązowa. ma tylko białą klatę, a na szyi dosłownie kilka włosków białych. cała reszta jest ciemno brązowa, bez żadnych pręgowań. fajna z niej dziewczyna. zakręcona na punkcie aportowania piłeczek. wesoła, rezolutna, zawsze na wysokich obrotach.

psy ogólnie mam nadzieje, że z wyjazdu wakacyjnego zadowolone. kiedy przyjechaliśmy tam i puściliśmy je wolno pierwszy raz, nie bardzo wiedziały jak się nasycić tym wolnym czasem i wolną przestrzenią. Haszi tak bardzo poszła w tango i tak bardzo się tym wszystkim cieszyła, że przez kolejne dwa dni ledwo stała na nogach. miała mega zakwasy i strasznie bolały ją nogi.

zabawom i wspólnym szaleństwom nie było końca. nadmorskie wypady też były niczego sobie. Migotka nie ma jakiegoś specjalnego lęku przed niczym. odważna z niej dziewczyna i zawsze w każdych okolicznościach zachowuje się tak, jakby to już znała i nie robiło nic na niej wrażenia. piasek, ależ ona kocha piasek. morze, fale co to dla niej. spoko zaraz to powącham i jest git. 
w ogóle uśmiałam się jak wchodziliśmy z nią po raz pierwszy na plażę, bo zobaczyła po drodze kawałek zapiaszczony i zaczęła już na smyczy szaleć. a kiedy weszliśmy na plaże i zobaczyła ile tego "złota" jest wokół nie wiedziała co ma począć biedaczka z tym dobrobytem. plażowanie wychodziło jej cudnie. większe problemy miała Haszi, która boi się dosłownie każdej nowej rzeczy i do wszystkiego trzeba ją przekonywać.
cóż z taką koleżanką nie było większych problemów aby i ona zechciała się na plaży wyluzować i rozkręcić. szał był i piasek latał po oczach i wszędzie jak to piasek. ale ile radości mi to dało. samo patrzenie jak one we dwie tak sobie szaleją. Haszi jest większą czyścioszką niż Megi. piasek czy woda nie dla niej. ona lubi być sucha i czyściutka. wytarzać się to ewentualnie na trawniku. 


Megi to prawdziwa plażowiczka. wiedziała doskonale kiedy wejść do wody, wiedziała kiedy się wylegiwać w słonku, ale doskonale też wiedziała kiedy najwyższy czas usunąć się w cień. dopadła sobie jakiś kawałek czegoś co wyglądało jak mini frisbee i zadowolona pilnowała tego, aż w końcu zmorzyło ją błogie spanko.




plaży jedynie nie poużywała sobie Shirka. niestety przed samym wyjazdem pękła jej rana na stopie i samo chodzenie było dla niej bolesne. na szczęście właścicielka Ania zajęła się nią jak prawdziwa pielęgniarka naświetlając ją dwa razy dziennie lampami bio. kobieta nie do przecenienia. jednak Shira na podwórku dokazywała i szalała, jakby sama rozumiała, że wakacje należy wykorzystać na relaks i zabawę. no ale wiek swoje robi i dziewczyna  szybko dostawała zadyszki.
plaże w Darłowie są prawie puste. nie ma tam zakazu wprowadzania psów. nie leży się ręcznik w ręcznik obok innych. można powiedzieć kameralna plaża. piasek jest czysty i ciepły. nie ma śmieci i znaków pozostawianych przez ludzi (czytaj petów, resztek papieru toaletowego i obsmarkanych chusteczek higienicznych) przynajmniej nie tak dużo jak w wielkich kurortach nadmorskich. jest spokój.ludzie są jakby bardziej na luzie. spodobało się mi tam bardzo. ten styl życia, prostota a jednocześnie wielki żywioł. zaliczyliśmy dwie noce gdy bardzo wiało a na morzu był sztorm. dziwne jednak było to, że tego wiatru się po prostu nie bałam. on mnie koił. noce przespane, a rano chce się wstać. bryza morska, wilgoć, powietrze przesycone minerałami.                  
                                                                                                                                                                    wielką zaletą chyba jaka mi się tam bardzo spodobała były elektrownie wiatrowe. nie zdążyłam niestety zasięgnąć informacji co na to ludzie, którzy tam mieszkają. jak to się ma do rachunków za prąd w tamtych okolicach i czy krowy dają tyle samo mleka co dawały zanim postawili wiatraki. cóż ale dowiem się tego z korespondencji z Anią,jaką mam zamiar prowadzić regularnie ;)                                                                                                                                                                                                           powiem Wam jednak, że w ogólnym obrazie tamtych okolic, gdzie w większości były to łąki i pastwiska krajobraz z wkomponowanymi wiatrakami nie był taki najgorszy. nie czytałam wiele o tej technologii mimo, że nie jest już nowa, ale jest na pewno eko i już samo to powoduje, że mi się podoba.
niedaleko od miejsca naszego zamieszkania może z 10 minut drogi samochodem dojeżdża się do nadmorskiej miejscowości Darłówek. długi deptak z masą straganów z pamiątkami, ale i bibelotami no i niestety chińszczyzną, która daje przynajmniej jak dla mnie marne złudzenie tego, że mamy coś znad morza. rozbawiła mnie para, która robiła sobie zdjęcie na tle plakatu plaży i niebieskiego morza, a jakże przecież, że nie Bałtyckiego podczas, gdy podobny widok tyle, że zupełnie prawdziwy był zaledwie 200 metrów dalej. czego to ludzie nie wymyślą. nie wiem czy to dlatego, że plakat był taki piękny, z lenistwa czy ..... ? nie rozumiem. 

nieopodal plaża. no tam już było tłoczno i masa rozdartych dzieciaków. nic przyjemnego ani dla mnie, ani tym bardziej dla psów.
tutaj już było zbyt tłoczno i zbyt głośno. no i wszędobylskie mewy, które dosłownie niczego się nie bały. taka moja Megi dopiero byłaby w szoku, że te ptaki, które tak uwielbia gonić po łąkach są wyższe niekiedy od niej. oj już one dałyby jej w skórę. nawet rybaków się zupełnie nie bały. strasznie były wścibskie.






ale powiem Wam, choć pewnie znacie te ptaki, że one strasznie są rozdarte. drą się gorzej niż najgorsze dziecko. wszędzie ich pełno jest, ale są dostojne mimo tego, że zachowują się jak portowe pasożyty. 





oczywiście co do moich odczuć wakacyjnych zachwyca mnie morze. potęga wody. niby nic, takie sobie tam fale, falują sobie spokojnie i szumią, ale jest w nich zamknięta potęga i moc. 
a dowody na to są wszędzie w takich miescach. ma sie do tej natury szacunek i widać jej możliwości, ale kiedy czyta się teksty takie jak ten obok, albo widzi znicze na plaży bo właśnie dwa dni wcześniej utonęły w tamtym miejscu jakieś osoby to człowiek zdaje sobie sprawę, że czasem jednak bywa ta natura zwodnicza. kusi nas pięknem, koi szumem fal, przyjemnym dotykiem. ale wystarczy na chwilę stracić czujność i pokazuje, że nie cierpi głupoty i nie znosi najmniejszych błędów ze strony człowieka. cóż uważam, że i tak daje się nam wykorzystywać ponad swoje możliwości. ale kiedyś to się zemści. jak nie na nas to na naszych wnukach. 
moje dzieci oczywiście zachwycone wyjazdem bardzo. Maja poznała swoją nową psiapsiółkę inną Maję oraz jej wesołe "dzieciaki" Bójkę i Szoguna. domek, plaża, morze, swoboda, ale przede wszystkim stragany z bibelotami kolorowymi. no ale jej mogę jeszcze wybaczyć ze względu na wiek. ;) syn trochę narzekał na zimno, ale on już tak ma, jemu zawsze jest zimno ;)

ja sama jestem zachwycona tym co tam zobaczyłam w tak krótkim czasie. Ania - wspaniała kobieta, właścicielka chatek. klimat wprost rewelacja. nie ma duchoty, jak burza to burza, jak słońce to słońce. piękne, błękitne niebo. relaks, błogość. prostota, bliskość natury, nieposkromiony widok i niewielka ilość ludzi. spokój. brak presji i pośpiechu wielkiego miasta, tego zgiełku i wyścigu szczurów. pokochałam to miejsce. chciałabym się tam po prostu wynieść stąd i tam prowadzić swoją hodowlę, tam wychowywać dzieci. tam leżeć na hamaku i czytać. tam zajmować się ogrodem i tym czym tylko bym zechciała. cóż na razie to sfera marzeń. zostają mi piękne widoki zatrzymane w zdjęciach i wspomnienia. długo nimi będę żyć i długo będę marzyć jak pięknie mogłoby wyglądać moje życie tam. być sobą dla siebie. ustalać własny porządek dnia, zasady i żyć według nich. czy by się to komuś podobało czy nie. być sobą, zawsze tylko sobą. tym czasem jeszcze pomęczę Was kilkoma fotkami, a na niektórych z nich pięknym zachodem słońca. zachodem słońca na nadmorskiej cichej i pustej plaży.

















... i tak oto wakacje 2015 stały się już wspomnieniem. ale ono będzie długo w mojej pamięci i będzie mi cichutko podpowiadać, aby podążać za swoimi marzeniami.