urodzinki

ostatnie dwa lata były dla mnie dość trudne. robiłam kurs za kursem. masa nauki, dużo pracy. gdzieś na horyzoncie miałam jakieś mgliste plany na to co chcę robić ze swoją pasją jaką są psy. z jednej strony chciałam realizować swoje marzenia, z drugiej strony praca zawodowa jest konieczna aby jakoś kasowo się utrzymać i ciągnąć co miesiąc ten wózek pod górkę byle naprzód. 

jednak mój entuzjazm został skutecznie zgaszony przez choroby, liczne operacje i w efekcie śmierć mojej wieloletniej ukochanej przyjaciółki Gai. bardzo to mną wstrząsnęło. walczyliśmy o nią z całych sił jednak powoli niestety trzeba było stawić czoła temu, że choroba wygra i będziemy musieli pozwolić Gai odejść. 

powoli w mojej głowie rodził się plan "nabycia" psa rasy z jaką już na zawsze zostanę. kocham boksery, te psy skradły moje serce. jednak myśląc o hodowli wiedziałam doskonale, że w warunkach jakie mam w mieszkaniu na blokowym osiedlu nie ma co liczyć na hodowlę bokserów, bo infrastruktura i otoczenie nie podołają, a przecież mamy jeszcze Shirę. jednak wydarzenia potoczyły się bardzo szybko, gdy wynalazłam na facebooku na profilu zaznajomionej na jednym z kursów dziewczyny zdjęcia jej nowego miotu.
już byłam zdecydowana na bostony i znałam je właśnie dzięki temu, że ona brała swoje psy na wspomniany kurs i tam mogłam poznać jakie to są "dzikie" i nieustępliwe charakterki z nich. i tak wypatrzyłam sobie wśród jej nowego miotu dziewczynę, która wpadła mi w oko od razu. wpadła mi w oko i ja już nie chciałam dać za wygraną. mój zapał szybko zgasiła rzeczona koleżanka Aleksandra, mówiąc mi wprost, że jej psy lądują głównie za granicami kraju, a mój zasób portfela nie ogarnie tego "niemowlęcia".
a takie piękności. te oczy...ten wyraz "twarzy". ten kolor. w tych oczach coś jest. coś co nie pozwalało mi o niej przestać myśleć.
cóż, trudno. zrezygnowana i odesłana do koleżanki koleżanki, która miała się w niedalekim czasie spodziewać potomstwa swojej suczki zagaiłam dalej i czekałam na odzew. ... i pewnego dnia odezwała się, ale Aleksandra z pytaniem czy może jeszcze podoba mi się wybrane niemowlę, bo jak dotąd domku swojego nie znalazło, a rzekomo ten kto miał ją wziąć musiał zmienić plany. no oczywiście, że byłam zainteresowana. nie docierało do mnie ciągle, że jednak taka piękna dziewczyna jeszcze nadal nie ma domu. a tu, koleżanka pamiętała, oddzwoniła i pyta.... hmmm, koniecznie, koniecznie muszę ją mieć pomyślałam. ale jak ? jestem kompletnie spłukana. wiadomo dla przyjaciół kasy się nie liczy, ale kiedy jej nie ma, a piękność spoziera ze zdjęcia na mnie aż serce mi się ściska. no negocjacje trwały długo, ale się wreszcie dogadałyśmy z Olą i teraz już mogłam iść do banku i ......starać się o kredyt, którego nie wiedziałam czy dostanę. jeszcze tylko tego brakuje w mojej drodze do niej pomyślałam. jeden mały kroczek. ona tam jest i czeka na mnie. i .... jak już wiadomo udało się. wszystko potoczyło się po mojej myśli i Carya a teraz nasza Migotka już była z nami.

do dzisiaj nie mogę w to uwierzyć i powiem wam, że potem długo myślałam o tym jak to się ułożyło wszystko, że właśnie ona mi się spodobała, że właśnie jej nikt nie kupił. właśnie na mnie czekała i właśnie wtedy wszystko się ułożyło po mojej myśli i właśnie ona trafiła właśnie do mojego domu i właśnie ja jestem jej właścicielką, mamą, przyjaciółką i przewodnikiem, a ona moim szczęściem, psiapsiółką, urwisem i moją uciechą każdego dnia. i tak już od roku. właśnie 2 czerwca Megi skończyła równo rok. aż trudno uwierzyć jak to szybko zleciało. bardzo był to energiczny okres w moim życiu. mocnego nabrało ono rozpędu i wiele zmian miało miejsce przez ostatnie dwa lata, ale jedno co mnie trzymało w "kupie" to włąśnie myśl, że ona jest w domu i czeka tam na mnie każdego dnia. kolejnego dnia, w którym możemy dokonać razem nowych odkryć i uczyć się siebie nawzajem.
teraz część dalsza będzie już tylko o niej. otóż aby bliżej ją przedstawić muszę opowiedzieć co nieco o niej, jaka jest na co dzień.
otóż większość dnia w ostatnim moim, a dla niej pierwszym roku Megi raczej ...przespała.
a śpioch jest z niej niesamowity. energiczna na spacerach w domku zamienia się w leniucha i śpiocha. spać uwielbia i do tego rozkopuje się jak małe dziecko. na szczęście nie ma jakiegoś strasznego odruchu chrapania. w nocy jest raczej cichutko. uwielbia wygrzewać się w promieniach słonka wpadającego przez okno, ale najbardziej lubi spać z kimś. najczęściej jestem to ja, ale jeśli ja nie śpię z nią na pewno znajdzie się ktoś, kto już leży gdzieś lub kto chętnie się do niej przyłączy.

często a właściwie prawie zawsze Migotka śpi pod czymś. włazi pod koc, w nocy pod kołdrę, przy okazji mnie budząc oczywiście. powód jest oczywisty. ktoś musi unieść jej delikatnie pościel do góry, aby mogła sobie dama wejść pod spód i zająć miejsce najlepiej gdzieś blisko moich kolan, gdzie jest ciepło i w miarę bezpiecznie. mnie osobiście to nie przeszkadza, a jako, że obie jesteśmy zmarźluchy grzejemy się w ten sposób nawzajem. 

odkąd Megi była totalnym dzieciuchem uwielbiała spać. myślałam, że z wiekiem im starsza tym bardziej będzie to jej mijać, ale na szczęście - bo bardzo lubię gdy ona śpi wtedy co i ja, nie wyszło to z jej przyzwyczajeń do tej pory. 

ogólnie sypia głównie z ludźmi, ale czasem bywa, że walczy o najlepsze i najbardziej słoneczne czy najcieplejsze miejsce. czasem grzeje i słonko i towarzystwo i wtedy to jest dopiero raj.

posumowując - straszny z niej śpioch.































kolejny temat - spacerki.....można by pomarzyć o przechadzaniu się po miejskich chodnikach z luźną smyczą na lajciku. piesek drepcze żwawo patrząc na mnie jak w obrazek i wdzięczy się z obrazem uwielbienia mojej osoby w oczach. fajny obrazek. inna sytuacja - spacer na łonie natury, las. oczywiście ja jako zwolenniczka puszczania psa w miejscach gdzie może on być puszczony wolno i biegać spokojnie i zaspokajać swoje potrzeby węszenia i biegania wolnego odpinam pieseczka, a ona znowu wdzięcznie na mnie spogląda i zaraz po moim pozwoleniu pląsa sobie beztrosko oglądając się na mnie. noooo, chciałoby się. zamiast tego.....

słowo "piaseczek" działa na nią jakby jej ktoś zapodał dopalacz nitro. jak tylko stanie na pisakowym gruncie zamienia się w piaskowego potwora. zasuwa w lewo w prawo tak szybko odbijając się tylnymi nogami, że przód wyskakuje jej niemal w powietrze. kręci się wokół własnej osi, robi piruety i niejednokrotnie potykając się z tej prędkości uda się jej zrobić fikołka w powietrzu.
z kolegami zabawy wyglądają równie szaleńczo.

różnica wielkości nie ma kompletnie żadnego znaczenia. ani różnica wielkości zębów, ani gabarytów ani wysokości tonów szczeków ani wielkości łap, które czasem znienacka na nią nadeptywały, ale co tam. zabawa przednia. nawet udało się jej podbić swoim szaleństwem serce kolegi Argentyńczyka-Jokera. hmm, ciekawe co go urzekło temperament? kolor? charakter? a może wrodzone piękno i wdzięk?
no więc zaczęłyśmy zaraz jak tylko Megi mogła już po zasiedleniu naszego mieszkania zacząć wychodzić socjalizację. masa nowych miejsc.

zapachów doznań. do tego treningi skupienia i poznawanie coraz to nowych komend.





zapoznawanie z wystawami i treningi samokontroli. wszystko w przyjaznej atmosferze i w formie zabawy. 

najlepiej przy wsparciu psychicznym koleżanki i "rodzinnej siostry". Haszi wiele ma w tym swojego udziału. jest rozpraszaczem, ale też motywatorem dla Megi. treningi z nią są jeszcze większą rozrywką i zabawą ku czasem naszej wściekłości, ale dziewczyny pokochały się od pierwszego spotkania. między nimi jest tylko tydzień różnicy. Haszi jest młodsza, ale obie są do siebie przyszyte jakąś niewidzialną pępowiną i nie umieją się bez siebie odnaleźć i w powietrzu czuć, że osobno każdej z nich czegoś brak.
oczywiście w tym roku nie tylko miło i wesoło nam było. Migotka zaliczyła liczne wizyty u weta. a to dlatego, że w zabawie jest nieposkromiona i szalona jak żaden mój pies dotąd. właściwie mogę o niej napisać, że to latający pies.


tak latała, że niejednokrotnie lądowałyśmy z poważną kontuzją u weta. a to zwichnięty staw, a to naciągnięte ścięgno, a to luźne kolano. a przecież to jeszcze dziecko. ale uwierzcie mi kiedy boston ma na jakimś punkcie świra zapomina o kontuzjach i szaleństwo jest najważniejsze. niestety musieliśmy wtedy odpoczywać i raczej skakanie i szaleństwa odłożyć na......kiedyś. zostawały gry i zabawy, spokojne treningi najlepiej z czymś co sama sobie wymyśliła i znalazła i najlepiej w miejscu jakie nie dało się jej zbytnio rozpędzić. uwierzcie mi ona na prawdę potrafi dostać takiej głupawki, że właściwie nie widać jak przebiera w biegu nogami. dlatego, kiedy kontuzja doskwierała zostały jej kijki w lesie, które wręcz uwielbia zamieniać na drzazgi ....
............oraz pluszaki kupowane specjalnie dla niej, koniecznie z piszczałką. migotka uwielbia patroszenie z flaków wewnętrznych, szmacianych psich zabawek. nie ma takiej, która nie uległa jej zębom. producent mógł napisać prawie niezniszczalna, ale słowa prawie to właśnie ten jeden zostawiony procent specjalnie dla mojej Megi. dla niej nie ma niezniszczalnego pluszaka. pluszaki istnieją dla niej po to aby je pozbawić wnętrzności ;)


cały rok szukałyśmy jej ulubionej zabawki. motywatora innego niż wszystkie. takiego co nie zje, nie nabije się na niego biegając z nim, będzie silnym bodźcem do nauki, a jednocześnie czymś co pokocha bezwarunkowo i co będzie tylko jej. piłeczka jej nie kręci. nie wygodna, a jak już znajdzie się wygodna boję się, że ona skacząc połknie ją. uwielbia kijki i patyczki. najlepsiejsza zabawka żeby się powyżywać i zamordować coś własnymi zębami, ale to niebezpieczne. nie ma co ryzykować, że mi się dziewczyna nabije na pal. kupiłam jej nawet bezpiecznego kijka z silikonu, bo myślałam, że skoro kijki to taki też będzie fajny, ale ona straciła ochotę po przebiegnięciu z nim kilkanaście metrów. mimo rozmiaru S jednak chyba okazał się za ciężki. wreszcie udało się trafić w jej gust. przypadkowo zupełnie, zobaczyłam na jednej z wystaw psów gumowe frisbee. pokazałam jej to kółeczko -  i to było to. dla niej frisbee oznacza wszystko. zabawę, sens spaceru, motywator do szkolenia przez zabawę, ale przede wszystkim oznacza, że nadszedł czas na spacer. wolna chwila tylko dla niej i dla mnie. takie chwile uwielbiamy chyba obie najbardziej.







ona bo to dla niej zabawka idealna. daleko leci, jest miękka można ją żuć.



ja bo można ją wszędzie zabrać, jest lekka, ale przede wszystkim dlatego, że widzę jak bardzo ona kocha się nią bawić i jak bardzo jest wtedy szczęśliwa.
zaliczyłyśmy też typowy bunt nastolatki. ale ona jest zawsze grzeczna, choć czasami zdarzy się jej mieć słuch wybiórczy. dojrzewanie i piersza cieczka też już za nami.



szukamy jej chłopaka z hodowczynią Olą, wszak to całkiem niezła partia z niej, ale mamusia - czyli ja nie palę się na razie do jej partyzantki bo przecież ona nadal jest moją małą córeczką. 
bardzo ciężki był dla mnie ten ostatni rok, ale i bardzo szczęśliwy. rośnie mi w domu nowe pokolenie psic. moja Migotka. prekursorka - mam nadzieję wspaniałej linii hodowlanej jakiej chciałabym się dopracować. uśmiech od ucha do ucha i szczęście na czterech łapach. czasem sama nie mogę uwierzyć ile radości może dać człowiekowi pies. ktoś powie "przecież to tylko pies. nic z niego nie masz. je drogą karmę, musisz z nim wychodzić, wstawać rano nawet w weekend. szukać na wakacje miejsc w które można zabrać psa. nie każdy gość jaki cię odwiedza lubi psy i co wtedy robisz? na pewno się nie raz zesikała na dywan. na pewno coś zniszczyła. na pewno czasem cię wkurza. musisz myśleć o niej na zakupach, musisz myśleć, że trzeba wrócić z imprezy do domu aby z nią wyjść. nie możesz spontanicznie wyjechać sobie na weekend w góry, bo tam z psami nie wolno, a przecież nie znajdziesz z dnia na dzień opieki do niej, do wszystkich swoich psów". a ja się uśmiecham i odpowiadam - "ona jest sensem mojego dnia. daje mi w zamian radość i poczucie szczęścia i śmiech kiedy widzę jak szaleje i jak cieszy się życiem. zwykłym dniem. każdy dzień dla niej jest aby go przeżyć bez strat. cieszy się wolnym czasem i zabawą, ale umie odpocząć porządnie kiedy trzeba. wie co to dynamika i radość ze słońca, ale rozumie, że mróz to głownie kocyk i moje kolana. łazi za mną gdy czegoś chce, ale nie jest nachalna. odpuszcza gdy widzi, że wracam zła z pracy. czeka na moment odpowiedni, aby podejść i "zapytać" - "jeśli ci przeszło to może wyjdziemy na jakiś spacer, a to na pewno dobrze ci zrobi". wiem, to antropomorfizacja, ale by ubrać zachowanie i postawę psa, oraz to jak patrzy mi w oczy muszę użyć ludzkich słów. 
przyjaciółka, lojalna, oddana, zapatrzona we mnie. wystarczy pokazać jej bez ściemy jaka jestem. nie muszę udawać, używać słów, które często nic nie znaczą. po co gadać, po co tłumaczyć co myślę i kim jestem. ona to wie, widzi, czuje, zna moje sekrety. mogę jej zaufać po to by i ona mogła zaufać mi i pokazać niesamowitą naturę i to bez słów. czyny - liczą się czyny i postawa. szczerość i empatia. wyrozumiałość i współpraca. i to jest w niej piękne. i choć zawsze obiecuję sobie po tym jak kolejny pies odchodzi i rozdziera mi serce, że nigdy więcej tego bólu, to jednak kolejny pies leczy moje rany i uczy mnie nowych rzeczy. każdy kolejny jest inny i każdy otwiera jakieś nowe drzwi kiedy inne zostają zamknięte. Migotka otworzyła kolejne, nowe drzwi. nowe doświadczenia. zdobywamy razem zielone dywany, ordery, puchary, medale. ta radość to efekt zaufania, współpracy, zrozumienia i miłości. i chyba całkiem niezły z nas team. ja bym nie osiągnęła niczego bez niej, a ona beze mnie. i niech to trwa jeszcze wiele wiele lat, bo już nie wyobrażam sobie dnia bez niej.
WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO MIGOTKA !!! 


sierpień 2014 
 czerwiec 2015