raz napiszę coś o sobie i tylko o sobie....

postanowiłam się Wam pochwalić dzisiaj. ale zanim chwalenie sobą nastąpi muszę popełnić całą, długą historię jak do tego doszło. okoliczność motywująca - wczorajszy lunch z kolegami z pracy i pewną współpracowniczką z dalekiej krainy zwanej Gdynia ;). otóż lunch był syty. na tyle syty, że Pan kelner zapakował nam skrzętnie to co po uczcie zostało. podzielił ładnie wszystko na 3 równe części i oddał na wynos. co prawda dla mnie resztki z Pańskiego stołu były całkiem niejadalne, ale do domu zabrałam i mięsożernych poczęstowałam - a jakże. zamówienie lunchu opiewało na wielką dechę pięknie podanych i pachnących mięs....oj przeróżnych. piękne, lśniące mięso upieczone jak należy, zgrilowane i podane przepięknie we wręcz zbójnickim wydaniu. na wielkiej drewnianej desce. do tego dodatki. pierogi z kapustą i grzybami, chlebek ze smalczykiem jak się patrzy takim wypasionym, że hej. z kawałkami mięsa, skwareczkami, cebulką, zasmażaną cukinią, świeżą czerwoną papryką i sałatą zieloną. a zresztą...przytaczam menu cobyście sami zobaczyli co na desce owej było.

Uczta gospodarza dla czterech głodnych 
Polędwiczka, karkówka, schab z kostką, filet z kurczaka, żeberka, golonka, boczek, pierogi zapiekane, ziemniaki opiekane, kapusta zasmażana, ogórki kwaszone, smalec, broziaki, pieczywo, musztarda, chrzan

taaaaakie pyszności kochani. niesamowite prawda. cóż otóż teraz będę dochodzić do chwalenia się. to był lunch próby. dlaczego? a dlatego, że właśnie dzisiaj mija miesiąc od dnia gdy, ni z tego ni z owego zostałam laktoowowegetarianką. że też wpadł mi ten pomysł dokładnie 31 marca. wiadomo, że nie każdy miesiąc ma 31 dni więc postanowiłam, że już wytrzymam ten jeden dzień dłużej. ale nie w postanowieniu aby nie jeść do tego czasu mięsa, ale aby się tym pochwalić. właściwie pomysł nie przyszedł mi do głowy ot tak. jako dziecko byłam wegetarianką przez 2 lata, ale poddałam się. poległam na gołąbkach mojej babci, które były zbyt pyszne, a ja zbyt młoda aby poświęcić się idei niejedzenia mięsa z powodów moralnych. bunt młodości sprawia, że człowiek wiele chce, ale inni kompletnie się z nim nie liczą, bo "przecież to jeszcze dziecko".
jakiś czas temu jednak moja córka postanowiła przestać jeść ryby po tym, jak złowiony przez kolegę męża karp w niewiadomy jakiś dla córki sposób, z naszej wanny wylądował w panierce na naszym stole. ojjjj!!!!!! ale wtedy była afera.... dlaczego, no dlaczego? jak mogliśmy zabić i zjeść rybę. ona tego sobie nie wyobraża, że jemy zwierzęta... jak to rybę? przecież rozmawiała z nią jeszcze dwie godziny wcześniej? cóż, przyznaję. jako że karp to nasza wigilijna tradycja, mąż w mordowaniu ma już pewne doświadczenie. jednak udało się dziecko udobruchać a warunek był jeden. "kupicie mi akwarium i rybki" (tak.... oczywiście.... jakby w naszym domu było za mało już zwierząt - cóż, poległam i uległam). jeszcze jakiś czas po tym zajściu nie myślałam poważnie o niejedzeniu mięsa. jednak jako, że nie należę do najzdrowszych osób, a z powodu pewnej choroby nie mogę spożywać glutenu. mimo jego wyeliminowania wciąż nie czułam się najlepiej, a po zjedzeniu obiadu miewałam wręcz takie "zwały", że łóżko w pobliżu było koniecznością podczas każdego już prawie posiłku. wkurzała mnie bezsilność z tym związana. jem i natychmiast jak ten narkoleptyk zamykają mi się oczy i muszę się przespać, położyć choćby na 15 minut. strata czasu w ciągu dnia. nawet jeśli nie miałam się jak położyć, chodziłam nieprzytomna i marzyłam tylko o tym aby był wieczór i w końcu znajdę się w łóżku. potem kilka filmików....informacji od znajomych z face'a i byłam ugotowana. stwierdziłam - zostaję wege. od dzisiaj nie jem mięsa. 
nie chcę Was męczyć zdjęciami zwierząt rzeźnych, filmikami w jaki sposób odbywa się ubój rytualny, który jest tak rytualny, że aż silniejszy od tradycji i właściwie walka z tym procederem jest nie do wygrania. nie mam zamiaru szerzyć tu propagandy, a mój blog nie służy do szokowania. jednak widząc zdjęcia cierpiących, często nieświadomych zwierząt, tuż przed tym jak zostaną zabite, podług i ścian w rzeźniach zalanych krwią i panów wykonujących czynności zabijania jakby mieli do czynienia z wycinką lasu. nieeee!!! myślę. to za dużo dla mnie. jako, że mięso i tak jadałam z rzadka myślę sobie - "jaki to sens? gdzie logika? kładę na swój talerz plasterek schabu i myślę sobie - jaki kawałek zwierzęcia wcinam? w Chinach jedzą psy...psy!!!??? - matko kochana i mówią nam, że to tak jak u nas świnia czy krowa. nieeee.....!!!!! przecież to też zwierzęta. tyle się mówi, nie rozmnażajmy bezsensownie psów. to grozi wielką ich bezdomnością. cóż krowa czy świnia w naszym kraju raczej na bezdomność nie będzie narzekać. ale już taka świnia w Turcji nie miałaby co raczej na ubój liczyć i byłaby bezdomna jak nic. w Chinach pies nie ma co raczej liczyć na dożycie do dorosłości, a co dopiero na doczekanie bezdomności.  a gdybyśmy mieli tak kogoś ponad sobą? czy ja chciałabym się stać czyjąś szynką?" mówię Wam burza myśli, wniosków, emocji. 

no i co Wy na to. no i zaczęło się myślenie. hmm,w takim razie skoro nastawiam się na to, że nie jadam "braci mniejszych" muszę wyeliminować mięso i jego pochodne całkowicie ze swojej diety. może i mięso jakoś przejdzie, ale słodkie żelki? galaretka kolorowa? aaa, no i spacerówki drobiowe, które przyznam się wcinałam z równym smakiem jak moje psy? cóż trudno, przecież nie da się uzyskać żelatyny zwierzęcej ani nóżek kury tak by biedaczka jedna z drugą przeżyła. no ale jak wege to wege. nie neguję tych co mięso jedzą. raczej uważam siebie za tolerancyjną. jeden z moich kolegów współpracowników jest myśliwym. powiedzmy w miarę normalnym o ile to możliwe u myśliwych, a drugi chyba woli wędliny od sera. mąż je mięso, je wędliny, gotuje rosołki. syn uwielbia mięso, wspomniana córka jest już nieco bardziej wybredna - jednak nie do końca zapomniała o mordowaniu i raczej unika udek, skrzydełek i schabowego. moje psy jedzą karmę z mięsem. cóż nie chodzi o mój upór i wymuszanie ofiarności od rodziny czy moich psów, choć to ja narzucam im co mają jeść. jednak chyba mam już dość myślenia, że mnoży się celowo, sztucznie, hoduje w warunkach  jakich najgorszemu nieprzyjacielowi by się nie życzyło a potem zabija bez empatii dla mnie. specjalnie dla wymagającego klienta. świeżutkie, pachnące nie ostrzyknięte solanką w specjalnej promocyjnej cenie zwierzę. ekspedientka zachęca -"mamy świeżutką szynkę wędzoną", ja myślę - kobieta proponuje mi świński pośladek, zwierzęcia,które nie widziało na oczy światłą i świeżej trawy. stało w klatce i całe swoje życie używało jedynie mięśni szczęk do spożycia paszy bez smaku i aromatu aby jak najszybciej urosło i wylądowało finalnie na moim talerzu. nie, dziękuję. wybieram nie zabijanie i myśl, że w moim brzuchu nie ma kawałka świni. wszak nie jadam inteligentnych i uczuciowych istot. sumienie moje uspokojone.
jednak wraz z podjęciem decyzji od razu nasunęło mi się pytanie. w takim razie co będę jeść? jak urozmaicić swoją dietę. jestem dość świadoma tego co jem. ćwiczę na siłowni, dużo się ruszam fizycznie i nie mogę sobie pozwolić na brak sił.
zaczęłam szukać i ......eureka!!! o dziwo serwisów wege jest całe mnóstwo. a przy okazji wpadłam na program...
 fantastycznie!!!

tam wiele dowiedziałam się na temat tego jak być wege. a przez kolejnych 30 dni przychodzi mi na maila informacja na temat jak być wege, przepisy i ciekawostki. mnóstwo w nich linków do innych wege stron. przepisy, porady, co jeść....i powiem Wam, że odkryłam wiele pyszności, o których zapomniałam, że w ogóle istnieją. teraz sobie myślę, że nawet nie zdążę spróbować każdego w ciągu tygodnia. ale teraz....  o właśnie w tym miejscu zaczynam pochwalanie siebie. nie dość, że wytrzymałam....to był pryszcz. to dalej mam zamiar być wege. nie chce mi się spać po posiłkach. mam zdecydowanie więcej energii. nie czuję się zmęczona i "zadżumiona" jak wcześniej. schudłam, ale nie dlatego, że jem mniej, ale dlatego, że jedząc to, co odkryłam dzięki temu że jestem wege, jestem mniej głodna. czuję się lżejsza, choć straciłam na razie tylko kilo. nie było to jednak moim celem. nie uważam się za grubą. uważam, że jestem w sam raz. czuję się dzięki temu szczęśliwsza. nie zjadam niczego co czuje, co ma emocje. nie przykładam się do mordowania. 
w naszych knajpach, restauracjach mam jeszcze trochę problem ze znalezieniem czegoś w menu, co nie pochodzi z mordowni. nawet jeśli pierogi są z kapustą i grzybami smaży się je na smalcu. nie mam pewności, że kapusta nie dusiła się w wywarze z mięsa, albo, że pierogi nie były gotowane z kostką rosołową. często kelner pytany nie ma pojęcia jak kucharz przygotowuje potrawy. zauważam jednak, że teraz , znacznie częściej niż kiedy byłam wegetariańskim dzieckiem, wegetarianizm nie jest traktowany jako moda czy głupota, ale ludzie odnoszą się z szacunkiem i tolerancją dla tych co wybrali wolny od cierpienia sposób jedzenia. wiele jeszcze nam trzeba. zwłaszcza tym co są ignorantami lub prześmiewcami. jak się dowiaduję właśnie ci mają na temat wegetarianizmu najmniejsze pojęcie. ale jest coraz lepiej. nie jest to już herezja, ale sposób życia. choć z moimi kolegami czułam się trochę dziwnie, nie czułam się gorsza, albo bardziej głodna. nie czułam się dziwna i nierozumiana. cóż pozostaje mi tylko jedna niewiadoma. czy to dlatego, że koledzy tolerancyjni i po prostu rozumieją moje podejście. czy dlatego, że mają mnie i moje przekonania totalnie w .....  poważaniu. ;)
a na koniec obrazek dla tych co różnicy jeszcze nie znają : wegeraider

i tak oto minął cały post tylko o mnie ;) no i może jeszcze o tych co ich nie zjem :)