zagadkowa podróż

sobota. 12.15 wyjazd. jedziemy, jedziemy. mija dwie godziny. dzieci zaczynają się niecierpliwić:
- mamo? gdzie jedziemy?
- daleko - odpowiadam
- ile godzin jeszcze ? - pyta córka
- pewnie jeszcze ze 4 co najmniej - odpowiadam
- gdzie jedzemy ? - znowu dobiega z tylnego siedzienia
- daleko
- do kogoś ?
- tak...do pewnej Pani - odpowiadam
- a co tam będzie ?
- a coś fajnego - zobaczysz Maju
Syn pyta....i odpowiada jednocześnie:
- na pewno będą tam jakieś zwierzęta - słyszę głos markotnego nastolatka
- tak - odpowiadam i myślę uśmiechając się pod nosem - moje dzieci znają mnie najlepiej
- a jakie ?  - zaczyna znowu Maja
- a takie na czterch nogach - odpowiadam
- będą konie ?
- nie. to nie konie - mówię do Mai
a syn na to: 
- wiem, jedziemy na pewno znowu na jakąś wystawę, albo znowu jakieś psy oglądać
- tak myslisz? a co jeśli się mylisz?  - odpowiadam, ale udaję, żeby nie popsuć niczego przed dotarciem do celu i od razu ucinam temat odpowiadając:
- dotrzemy do celu to zobaczycie.
syn wdaje się jeszcze ze mną w krótką rozmowę o tym co warto zobaczyć, a czego nie i że różne rzeczy mają odmienną wartość dla różnych ludzi
...................
w gruncie rzeczy w sobotę 27 września przejechałam prawie 1000 km po to, żeby dokonać "zakupu" (to nie jest odpowiednie słowo, ale czym by je tu zastąpić?), a właściwie po to, żeby zdobyć przyjaciela na lata. otóż tą przyjaciółką ma się okazać bullka o wdzięcznym imieniu Haszi. piękna, pręgowana prawie czteromiesięczna dziewczyna. optymistyczna, wesoła, kluseczka. kolejne "dziecko" w domu. 


cóż to bardzo płodny okres w moim życiu. ostatni rok był......rokiem kryzysów, rozczarowań, zwątpień, ale i rokiem nadziei, rokiem, w którym zyskałam wiarę w siebie i takim, w którym zaczęłam realizować swoje marzenia bez względu na to czy jest mi łatwo, czy mam doła. zdobywania tego co upragnione i tego co warte zdobywania. tego co mnie osobiście daje energię by przeć do przodu. pracowity jest ten rok z pewnością, ale teraz czas na rozrywkę. mając taką gromadkę w domu nie sposób się nudzić. ale to miłe i przyjemne obowiązki i wielka dawka radości i śmiechu każdego dnia. 
towarzystwo wzajemnej adoracji powiększa się z miesiąca na miesiąc - można powiedzieć. 
Haszi pochodzi z hodowli Blues Bulls z Jonkowa. jest słodziakiem, nie na darmo Pani Ewa - hodowca dała jej imię Haszi My Love, no nie sposób się nie zakochać.
oczywiście nie wszyscy są entuzjastami tego nowego przybysza. Ginger i Ryś zawarli nawet komitywę przeciwko wspólnemu, nieokiełznanemu, biegającemu "czemuś" i razem....podkreślam razem przesiadują sobie w bezpiecznie wyselekcjonowanym przez siebie miejscu........


......czyli na szczycie szafy fana kotów - mojego syna. jak widać "stwór" jest dla nich totalnym zaskoczeniem. nic dziwnego, że mają dość. w przeciągu miesiąca dwie nowe, kosmiczne dla nich "postaci" zjawiły się nieproszone oczywiście przez nich w ich - jak to koty uważają domu.
co za porażka - niemal widać w oczach GG ten tekst....


a kiedy tylko zapada cisza, następuje obczajanie czy jest bezpiecznie i czy można już zejść........oba koty są chyba w lekkim szoku, ale na szczęście nie grozi im ze strony podrostków nic groźnego poza ciekawością siebie nawzajem.....kiedy psie "dzieci" śpią, oba koty delikatnie podchodzą do nich niemal na paznokciach i obwąchują dokładnie każdy kawałek ciała, jednocześnie będąc przygotowanym do ataku, względnie do ucieczki w razie przebudzenia się jakiejś młodocianej delikwentki. Migotka już nie robi na nich wrażenia odkąd jest Haszka. kojarzą ją z Shirką, chyba rozpoznały rasę bezproblemowo, czego niestety nie są w stanie zrobić niektórzy ludzie i wiedzą, że skoro Shira jest potencjalnym i poważnym zagrożeniem lepiej unikać "czegoś" podobnego do niej. jednak nie są to pospolite i głupie koty i łapią powoli, że zamiary napalonego dzieciaka nie mają nic wspólnego z tym, że ma ona ochotę je zjeść ale raczej jest to czysta ciekawość ich odmienności. 

co do Migotki .......  mała jest, ale sprytna.....polubiła się z Haszką jeszcze u Pani Ewy w domu. na początku nieśmiała, wystraszona takiego "psa z masą", cięższego zaledwie 3 razy bardziej od niej, ale po chwili już była przeszczęśliwa, że ma koleżankę w swoim wielu. 
szaleństwom w domu nie ma końca. są pościgi, przeciąganie linki, zabawa w odbieranie gumowego kurczaka. dziewczyny przypadły sobie do gustu bardzo. nawet na spacerach trzymają się razem. ale po ciężkim, emocjonującym i energicznym dniu przychodzi czas na odpoczynek. i to też dziewczyny robią razem. :)



i co Wy na to ? czy tak właśnie nie powinien wyglądać szczęśliwy dom ? obowiązki są i kłopoty są, ale wszystko wynagradza radość i uśmiech kiedy obserwuje się szalone i beztroskie zabawy"dzieci", które po prostu cieszą się wszystkim. oby ludzie też tak umieli....oby taki błogi stan i nas - ludzi często dopadał. czego Wam życzę z całego serca.