niedzielny spacer

nawet nie wiedziałam, że może aż tak bardzo brakować takich prozaicznych rzeczy jak zwykły niedzielny spacer po lesie z dziewczynami. dawno...... bardzo dawno tego nie robiłam.....nie było piłki i kija i szaleństw. Gaja była już za słaba i za "klasyczna" na takie szaleństwa. na początku trochę niepewne. obie dziewczyny miały szansę poznać co to las po raz pierwszy ....... tzn. po raz pierwszy z nami....na początku nieśmiałe i zainteresowane zapachami lasu trzeba było zachęcać do rozluźnienia się.........



ciekawość wszystkiego co szeleści i co szumi niesamowita......czujność na poziomie 200 %.....ale po chwili już nie trzeba było specjalnych zachęt...niektórych zdjęć nie sposób po prostu wykonać żadnym chyba aparatem. jak "wściekły kjuik" - znaczy Migotka dostanie speeda, trzeba by było to nakręcić (kiedyś pewnie się uda) ...... a Haszka, która próbuje nadążyć też rozwija całkiem przyzwoite prędkości....zdarza się jej nawet nieco oszukać i znaleźć drogę na skróty, dzięki czemu nagle się okazuje, że jest na prowadzeniu........


szaleństwom nie ma końca.....fikołki, przewrotki, kurzenie się w piachu - co przypadło do gustu szczególnie Migotce, która chyba z powodu rozmiarów zwraca bardziej uwagę na takie małe szczególiki jak ziarenka piachu.......w ruch idą wszystkie gałęzie o jakie można zahaczyć, wszystkie kijki leżące na drodze i piłka......uwaga !!! kto pierwszy ten lepszy. zasady.....nie ma zasad. można oszukiwać i stosować skróty.... cel dopaść piłkę


no czy ten "wściekły kjuik" nie jest słodki ? męczące biegi przełajowe zmuszają do chwilowego odpoczynku. tu czas dla mnie. kilka komend można nauczyć i sprawdzić czy te uczone zostały zapamiętane....a, że przygotowanie pełne smaczki idą w ruch...


muszę powiedzieć, że obie dziewczyny bardzo są pojętne.....oczywiście Haszka ma przewagę - pysk na wysokości smakołyku, a Migotka boi się, że może dla niej już nic nie zostanie, ale przykłada się tak samo, choć jak na Bostona przystało jej 10 ruchów przypada na jeden Haszki, ale to zrozumiałe.......Haszi jest bardzo zrównoważona i rozumie postępowanie koleżanki. dziewczyny w ogóle na spacerku są nierozłączne jak dwie krople wody.....komendy razem...więc i do wodopoju razem....


szaleństwa są jednak bardzo energochłonne, ale nigdy nie wiadomo kiedy skończyć...chwila odpoczynku w promieniach ciepłego słońca i znowu szaleństwo i biegi przełajowe.....
ależ mnie ten dzisiejszy spacer naładował pozytywną energią.....jak ja za tym bardzo tęsknię....ale już mi się cieszy serducho na samą myśl, że ta przygoda się znowu zaczyna....historia zatoczyła koło i wszystko zaczyna się od nowa......a ja nauczona doświadczeniami przeszłych lat, tysięcy spacerów niemal o każdej porze dnia i roku umiem cieszyć się za każdym razem bardziej i pełniej każdym kolejnym spacerem....psy - te młode, wesołe i pełne energii zwierzęta, moi najlepsi przyjaciele uczą jak wspaniały jest każdy dzień....zarażają swoją radością


....a po ciężkim wysiłku przychodzi czas na błogi zasłużony posiłek i odpoczynek......


pierwsza pada Migotka. obok okna balkonowego, w swoim ulubionym miejscu. słonko milutko dogrzewa jeszcze przez szyby, a ona lubi wylegiwać się w ciepełku zupełnie jak koty.......już oczęta zmrużone i stan błogości nadchodzi.....


....a koleżanka Haszka nie może być przecież gorsza....wyciąga sobie sama kocyk z legowiska. ciągnie go obok poduszki Megi, co by jej nie zabierać przestrzeni i nie zaburzać relaksu i po chwili.....


.........obie dziewczyny popadają w słodką pospacerowo-poobiednią drzemkę......

i tak oto ze zwykłego niedzielnego spaceru cały dzień przeistacza się w pełną radości i błogostanu niedzielę. i wszyscy są teraz tak samo zmęczeni jak i szczęśliwi.......