"normalny" dzień

chwilkę mnie nie było. żałoba po Gai trwała w najlepsze. na szczęście Migotka koi ból skutecznie. codziennie dowiadujemy się od siebie coraz ciekawszych rzeczy. dzisiaj u weta ważenie. 
uwaga !!! waga pokazała 4 kilo.....brawo !!! całe kilo więcej odkąd przyjechała do nas prawie miesiąc temu.....ależ ten czas szybko leci. jest śpiochem i zmarźluchem....zupełnie jak ja...
hmmmm, ciekawe. czyżby się upodobniła ? czy to ja ją taką instynktownie wybrałam ? żebyśmy mogły się zrozumieć i wylegiwać w ciemne, zimne wieczory, kiedy na zewnątrz spadnie śnieg, albo będzie wiało i padało..... pod kocykiem, zupełnie nie żałując, że nie ruszamy się z domu i nie biegamy po lesie brrrr.... 
ale zanim to nastąpi, jeszcze póki co ostatnie dni lata. teraz urlop...wylegujemy się w łóżku do dziesiątej...........co ja piszę ? nie czytajcie ! przecież żaden szanujący się instruktor - szkoleniowiec nie śpi z psem ? cóż, oprócz tego, że jestem szkoleniowcem, jestem także zoopsychologiem i mam zdanie, że co właścicielowi nie przeszkadza to jest w normie.


więc śpimy sobie w bliskim kontakcie fizycznym. Migotka w nocy zachowuje się jak szalik. śpi dosłownie z głową na mojej szyi......ciepło bije z niej niesamowite. ma tylko jedną małą wadę, ale ona nie przysłania niczego.....co najwyżej tylko powoduje lekkie halucynacje. ponieważ rośnie - tak sobie to tłumaczę, rośnie w niej też wszystko inne. kiedy śpi, trawi a kiedy trawi, to wiecie co........... jak puści gaza w okolicach mojej głowy.......najpierw robię się sztywna w środku nocy, po czym następuje paraliż zwiotczający zupełnie moje mięśnie, biorę to na klatę, albo raczej na nos i staram się zasnąć na kolejne kilka minut. noc upływa od jednego sztachnięcia do drugiego. ale co zrobić kiedy tyle słodyczy w tych oczętach......trzeba jakoś znosić tę "niedolę".
potem zawsze nadchodzi dzień i zaczyna się jazda bez trzymanki........
szaleństwa z piłką, spacery i biegi w wysokiej trawie z miną i energią, która i mnie zmusza do poczucia się jakbym sama była małym dzieckiem. śmiech, radość.......dawno nie było w naszym domu takiej małej bomby energetycznej i muszę przyznać, że po ciężkich i smutnych ostatnich tygodniach z Gają, moje życie znowu nabiera barw i cieszę się, że dopiero zaczyna się ta moja przygoda z Mimi.
historia zatoczyła koło i wracam znów do początku. tyle, że bogatsza o doświadczenia, błędy i wnioski wyciągane po ich popełnieniu. pewnie nie jeden jeszcze się zdarzy, ale chyba własnie po to żyjemy, żeby się uczyć, ale także aby się cieszyć ze zwykłych rzeczy i doceniać je każdego dnia. nigdy nie wiadomo co przyniesie kolejny z nich, ale zawsze trzeba mieć nadzieję, że będzie równie ekscytujący jak poprzedni, albo lepszy od niego jeśli ten nie był naszym najlepszym.......

nie macie czasem wrażenia, że ten "produkt nocny" Migotki coś chyba długotrwale działa na mnie ? 
hehe....kolejna noc tuż tuż    :):):)