diabelskie nasienie


nie dajcie się zwieść tym pięknym oczętom.....ostatnio Rysiek tak daje mi popalić, że mam ochotę wystawić go na balkon i zapomnieć, że tam został. wyprowadził już z domu wszystkie rosiczki jakie miałam, ale co tam. po co komu rosiczki na owady skoro Ryś chętnie poradzi sobie z każdym latającym, pełzającym czy skaczącym czymś mniejszym od siebie. niekoniecznie musi bzyczeć wystarczy, że się rusza. rosiczki ? a po co komu rosiczki, konkurencja skutecznie zwalczona. chyba te chabezie co z nich zostały oddam jednak koleżance pod opiekę, ona nie ma żadnych niszczycieli w domu więc u niej jest szansa na to, że rośliny odżyją i podziękują na pewno swoim pięknem za opiekę i odrobinę świętego spokoju. Bogusia - doczekałaś się, dostaniesz rosiczki.
że kot dziki, z podwórka zaadoptowany to już wiecie. więc wyobraźcie sobie, że on nadal tę dzicz czuje. wyżera świnkom siano z klatki, obgryza  - wydawałoby się zdrewniałe na amen łodygi grubych, starych roślin w domu. ostatnio - tego nie mogę mu wybaczyć, zżera i wydziera z flakonów moje ukochane piwonie. tak mi pięknie pachniało w domu. wiecie ten słodki, urzekający (pomijam alergików) zapach, który unosił się codziennie rano po chłodnej nocy w salonie......wstaje razu pewnego, flakon wywalony, woda wylana, piwonie poobgryzane......co za brutal, kapeć leci w jego stronę więc wydawałoby się oczywiste, tknąć nie wolno. ale co tam, wczesna pora kładę się  z powrotem. wstaję za dwie godziny i ta sama hisotria. tyle, że akurat tym razem woda zalała obrus z takiego materiału, nad którego prasowaniem ślęczałam chyba ze 20 minut......no skaranie boskie myślę, ten kot jest złośliwy (oczywiście wiecie, że to nie możliwe, zwierzęta nie są złośliwe, no ale antropomorfizacja - normalne dla ludzi). myślę, zabije kocura, normalnie ukatrupię, a w najgorszym wypadku znajdę nowy dom, bo przecież nie jestem zdolna do poprzednio napisanych rzeczy, tak tylko mi przez myśl przez moment przemknęły w złości na wypłosza jednego. dziś, wstaję rano i co? no oczywiście znowu jestem w szoku, wziął się za obgryzanie suchego chleba dla świnek, robiąc przy tym totalny rozpierdziel na stole w kuchni, no nie zabić gada? myślę ooooo nie !!! spadaj i radź sobie sam. za fraki go i na balkon na otrzeźwienie. ucieknie - sajonara, nie ucieknie - szlag. siedzę w salonie piję kawkę sobie, myślę w końcu spokój bo na wypłosza patrzeć nie mogę......czytam, ciekawostki z kursu na temat socjalizacji ludzi i zwierząt.....a tu, coś mi macha zza okna. Rysiek oczywiście, wlazł z balkonu na zewnętrzny parapet i zagląda z małym zdziwieniem, że ktoś chyba niechcący zamknął drzwi od balkonu i chyba jakoś jednak pasowałoby go wpuścić.......no błagam, za gorsz nie skumał, że chciałam żeby sobie poszedł.......a mówią, że psy są najwierniejsze........no i musiałam tą cholerę wpuścić z powrotem, bo mi go żal mimo, że jest jaki jest. cóż muszę po prostu więcej go ścigać i poprosić GG żeby czasem w ciągu dnia dała mu wycisk i zmęczyła go porządnie, żeby więcej odpoczywał niż rozrabiał........naiwna ja.