leniuch


dla naszego kumpla Szymona. 
to, że nie pisze o Shirce, masz rację jakoś jej mniej ostatnio w moich postach. no, ale pewnie jestem to winna i innym, żeby nie było, że mniej ja kocham. karma dobrana już prawie idealnie. łapy można powiedzieć - lepiej chyba być nie mogło. nie ma wybroczyn, nie ma odcisków, żadnych zgrubień, żadnych modzeli, odleżyn.......została do opanowania alergia kontaktowa, ale nawet już z leków na alergie zeszliśmy. 
czasem mam wrażenie, że ona teraz dopiero wie po co ma się łapy i że chodzenie na spacerki nie musi kojarzyć się z bólem. jest tylko mały szkopuł - ona nie lubi spacerków. znaczy lubi, gdy może coś dorwać lub poszaleć za piłką, ale gdy za oknem tak jak dzisiaj (a jest mega wiatr i śnieg pada prawie poziomo) traktor nie dałby jej rady (kolejna zaleta wyleczonych łap, można się zaprzeć i trzeba dźwigiem). toteż dzień z życia Shirki wygląda głównie tak.........


promienie słoneczka, jakie docierają na naszą sofę rano nie mogą zostać na darmo zmarnowane. takie pokłady energii naturalnej są nieocenione. a jeśli jeszcze jakiś człowiek leży obok i kocyk, hmmmmmm........bajeczka. teraz wie dlaczego człowieki tak kochają luksus.
poza tym ona na prawdę jest wdzięcznym obiektem do tresury. łapie wszystko bardzo szybko. oczywiście jak na bula przystało jest uparciuchem, ale szybko jej to mija. bardzo jest zadowolona kiedy sobie tak na dywaniku trenujemy i uczymy się nowych rzeczy. cóż szczekania na zawołanie raczej się nie nauczy, bo niby po co, bez sensu szczekać. szczekanie zostawmy tym małym terierom.....wszyscy wiemy jakim......
właściwie Shira jest bardzo wrażliwa i obrażalska. nie ma mowy o klapsie w tyłek, ani nawet o odepchnięciu, bo natychmiast następuje foch. foch jest nie do zniesienia - totalna ignorancja i olewizm. oczywiście w granicach rozsądku. wystarczy, że zakładam szkoleniową sakiewkę na pasek, a ona już jest gotowa do treningu. właściwie bez proszenia siada (umie wyczytać z oczu tę komendę kiedy w dłoni mam przysmak), reszta to pestka.


teraz o naszej społeczności. cóż kotek to nadal kotek, ucieka - trzeba gonić. jednak to już nie jest takie proste z Rysiem, który stosuje w stosunku do niej olewizm. potrafi podejść do jej miski kiedy ona je, spać na kanapie kiedy ona ma nos na nim położony. naprawdę jednego dnia uśmiałam się bardzo, kiedy Ryś spał na kocyku, a Shira (oczywiście muszę dodać, że zawsze jest pod kontrola na smyczy, kiedy koty biegają po domu, a ona nie jest w kojcu) podchodzi.....czai się na niego...i bliżej......bliżej.....niemal go dotyka, a on .....podnosi głowę, otwiera oczy, patrzy i .......  mina pod tytułem "spadaj bulowata, nie mam ochoty żebyś mi tu wiała z nosa wichurą swoją, teraz śpię".      na co Shira........patrzy i nie wierzy i znowu podchodzi, tym razem szturcha go nosem i "mówi" mu - rusz się uciekaj !   to ja pogromca kotów !   dopadnę cię na zakręcie i szybko pochwycę, ale zaraz wypuszczę.....tylko wiesz, ja nie kontroluje uścisku w szczęce za co z góry przepraszam jeśli niechcący złamię ci kark. 
a on podnosi znowu głowę, poprawia się, czyli odwraca do niej tyłkiem i "mruczy" do niej - wyluzuj, przyjdzie na to czas, ale nie dzisiaj. nie teraz. teraz śpię. Rysiek w ogóle przypomina mi Bonifacego z bajki o Filemonie. wszystko ma u niego swój czas i miejsce i wszystko jest na jego warunkach.
tak wygląda życie społeczne kotów z Shirą. 
kiedy ona leży w kojcu i widzi jak Gaja czasem tarmosi w zabawie Ginger, stoi, patrzy i nie wierzy. ja przyglądam się jej wtedy i widzę w jej oczach pytajniki - "to w sumie ta Gaja to pies czy kot, tylko trochę bardziej wyrośnięty". one nie może ogarnąć, że kot i pies mogą być ziomkami.
swoją drogą, zauważyliście u swoich zwierząt, że one wcale nie potrzebują lusterek żeby się oglądać i poczuć się lepiej. one zawsze się ze sobą dobrze czują. kolejna rzecz do pozazdroszczenia.